niedziela, 11 października 2015

"Na zawsze razem" Rozdział 1

Gdy byłam młodsza z utęsknieniem czekałam na święta. Cieszyłam się ze zjazdów rodzinnych i zatłoczonego mieszkania. Tym właśnie, dla mnie, był dom. Miejscem zapełnionym bliskimi. Więc gdy okazało się, że w trakcie studiów będę mieszkać z kuzynostwem, w dodatku w Seulu – moim wymarzonym mieście (i całkiem przypadkiem mieście, w którym mieszka mój chłopak), miałam wrażenie, że chwyciłam pana Boga za nogi.
Bez dłuższego zastanawiania się, spakowałam się, pożegnałam z mamą i wyjechałam do Korei Południowej. Jak się okazało, rzeczywistość nie przedstawiała tak różowo.
Ale grunt to myśleć pozytywnie! W końcu żadne z nas do tej pory nie umarło, prawda?
Studiowanie w Korei zaproponował mi ojciec. Kiedy mama wróciła do Polski, wiadome było, że z tego małżeństwa już nic dobrego nie wyniknie. On nie chciał mieszkać w jej ojczyźnie, ona w jego. Za duże różnice kulturowe. Więc tata został w Korei, zrobił karierę i powtórnie się ożenił. Do tej pory widywaliśmy się jedynie w wakacje, studia w Seulu wiele by w tej sprawie zmieniły.
Jedyną osobą, która była negatywnie nastawiona wobec mojego wyjazdu, była mama. Bała się puścić mnie na drugi koniec świata, nawet jeśli tata trzymałby tam nade mną pieczę. Ale kiedyś trzeba się usamodzielnić.
Jeśli można o tym mówić w przypadku, gdy ojciec znajduje ci luksusowy dom, płaci wszystkie rachunki, zatrudnia kucharkę, sprzątaczkę, kamerdynera i kierowcę. Nie wspominając o pieniądzach na życie, które przesyła kilka razy w miesiącu. Tak, po za tym wszystkim odkąd wyjechałam z Polski jestem całkowicie samodzielna.
Jak wyglądał pierwszy tydzień mieszkania razem z czwórką kuzynostwa?
 Do Seulu zawitałam jako druga. Wyprzedził mnie Dominic, który musiał znaleźć jakąś pracę. Najlepiej we własnym zawodzie. Został elektrykiem w stacji telewizyjnej mojego ojca. Po znajomości.
W domu okazało się, że Dom zdążył się już zadomowić. Każdą, nawet najmniejszą powierzchnię pokrywały jego rzeczy. Ubrania, gadżety, jakieś kable, resztki jedzenia… jednym słowem katastrofa. Sprzątaczka zaczynała pracę dopiero za kilka dni, więc wzięłam Doma w obroty i zmobilizowałam do porządków.
Dwa dni po mnie, z Londynu, przyleciała Marie. Z niewiadomych przyczyn, po dwóch latach spędzonym w  najlepszej angielskiej Akademii Sztuk Pięknych zdecydowała przenieść do Korei, by tu dokończyć studia. Co wydawało się być nie do pomyślenia po latach marzeń o tamtejszym ASP.
Dzień po Marie, zjawiła się Alex, która mimo że była ode mnie o rok starsza, także dopiero zaczynała studia. Postanowiła odpocząć po liceum. Na szczęście w dniu przyjazdu Alex cały personel już pracował, więc nie miała styczności z bałaganem jaki zobaczyłam po przyjeździe.
Ostatni pojawił się Kamil, wczoraj wieczorem. Trochę lekkomyślne, biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj zaczynamy studia. Przyjechał studiować w Korei, bo stwierdził, że fajnie będzie mieszkać razem. No i złożył podanie do jakiejś podrzędnej uczelni, która przyjmuje wszystkich jak leci. Rzadko który absolwent znajduje po niej dobrą pracę.
A dziś, gdy wszyscy jesteśmy w komplecie, rozpoczynamy studia. Każdy na innym kierunku. I większość na różnych uczelniach.
-Widział ktoś moją walizkę?! – na korytarzu ktoś biegał głośno w tę i z powrotem.
Kamil. Wczoraj zlekceważył zalecenie Dom’a by się rozpakować, więc ten „po przyjacielsku” mu ją schował. Teraz będziemy przez to przeżywać Armagedon.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się.
-Gdzie jest moja walizka?! – warknął Kamil.
Odwróciłam się w jego stronę. Ciemne włosy sterczały w każdą stronę. Niebieskie oczy strzelały w każdą stronę. Wciąż był we wczorajszych ubraniach. Patrząc na niego do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl: jak te wszystkie dziewczyny mogą uważać, że jest przystojny?
-Nie wiem – odpowiedziałam spokojnie i wróciłam do poprawiania makijażu.
-Ktoś wiedzieć musi! – wszedł do pokoju i zajrzał pod łóżko.
-Ej! Nie pozwalaj sobie, popaprańcu! – odłożyłam kredkę i z całej siły uderzyłam go w ramię. – Tu nie ma twojej walizki! Poszukaj jej gdzie indziej!
-Jak ja cię zaraz walnę… - syknął.
-To co? – spytał męski głos. Jak ma zawołanie oboje spojrzeliśmy w stronę, z której dochodził.
W drzwiach, oparty o futrynę, stał przystojny Koreańczyk. Brązowe, niezbyt długie włosy, piwne oczy, eleganckie, czarne spodnie, biała koszula i szkolna torba. Kim Young!
-Young! – podbiegłam do niego i przytuliłam.
-Cześć, Kamila – uśmiechnął się i cmoknął mnie w czoło. - A więc? – spojrzał na Kamila, który patrzył na nas ze zdziwieniem. – Co zrobisz?
Kiedyś filmy i książki opowiadały o książętach, którzy pokonywali wielkie niebezpieczeństwa, ryzykując przy tym życiem (oczywiście nigdy nie umierali), by ocalić damę w opresji. Szczęśliwe księżniczki z miejsca zakochiwały się w delikwencie, a wdzięczny król oddawał im królewnę za żonę. Byle się jej szybko z powrotem pozbyć. Dziś jest inaczej. Ludziom znudzili się wspaniali rycerze na białych koniach i piękne, aczkolwiek głupie królewny. Dużo większą popularnością cieszy się wojownicza księżniczka, która sama uwalnia się z lochu, wieży, czy jakiegokolwiek innego miejsca w którym jest przetrzymywana, pokonuje setki niebezpieczeństw, ratuje też przy okazji księcia – niemotę, który właśnie próbuje oswobodzić szlachetne dziewczę z niewoli, a na koniec staje do walki o władzę. Oczywiście wygrywa. Potem jest już tylko ślub z księciem – niemotą, który jest jedyną głupotą jaką księżniczka popełnia.
Mój związek prawdopodobnie jest idealny, bo jestem nowszym typem księżniczki (co wcale nie znaczy, że nie chcę księcia, który będzie wybawiał mnie z opresji jak Kim Young teraz), a mój chłopak jest klasycznym księciem. Nie idiotą. To znaczy kiedyś próbował, ale szybko wybiłam mu to z głowy. Bo po co kobiecie słaby facet, którego trzeba za rączkę przeprowadzać przez ulicę?
Young spojrzał na Kamila ponaglająco, ten burknął coś pod nosem i poszedł szukać walizki gdzie indziej. Książę pełną parą.
-Dobrze cię widzieć, Kamilo – westchnął, gdy Kamil zniknął z pola widzenia.
-Ciebie też – uśmiechnęłam się. – Ale i tak muszę dokończyć… - nagle uświadomiłam sobie nieprzyjemny fakt. – O nie! Kim Young, wynocha z mojego pokoju! Umaluję się to wrócisz!
Zaczął się śmiać za co oberwał poduszką.
-Dobrze, już wychodzę – uniósł ręce w obronnym geście i wciąż się śmiejąc wyszedł na korytarz.
Spojrzałam na swoje odbicie. To co zobaczyłam mogę określić tylko jednym słowem: komiczne. Jedno oko duże, umalowane, a drugie tak małe, że ledwo je widać. Szybko usiadłam przed toaletką i umalowałam drugie oko. Teraz, przynajmniej wyglądam ja człowiek.
Po umalowaniu ust wyglądałam na tyle przyzwoicie, że mogłam wpuścić Kim Younga.
-Gotowa? – zlustrował mnie wzrokiem.
-Oczywiście.
Zeszliśmy na parter, do jadalni.
-Dorothea – zwróciłam się do kucharki. – Kim Young zje z nami.
Kobieta skinęła głową i zniknęła za drzwiami.
-Naprawdę, Kamila nie… - zaczął Young.
-Nie mów mi, że nie trzeba – przerwałam mu.
-Jadłem już śniadanie, wiesz?
-Ale ja nie. I będę czuła się dziwnie jeśli ty nie będziesz jadł a ja tak.
Kontynuowalibyśmy tę mądrą dyskusję, ale dołączyła do nas Alex, a Kim Young nie lubi prowadzić tego typu dyskusji przy nieznajomych.
-Poznajcie się. Young to moja kuzynka Alexandra Johnlock. Alex poznaj mojego chłopaka, Kim Younga.
Na ustach Alex pojawił się szeroki uśmiech, co wcale nie wróży dobrze. Jako przyszła pani psychiatra lubi wypróbowywać różne sztuczki z psychologicznych książek. Do tego uwielbia angielski serial „Sherlock”. Mam wrażenie, że właśnie wybrała nowy obiekt badań. To nie wróży dobrze.
-Miło mi cię poznać, Alexandro – Kim Young skinął głową. – Kamila wiele mi o tobie opowiadała.
Uśmiech Alex się poszerzył. O nie.
-Wzajemnie, Kim Young. Ja też dużo o tobie słyszałam.
-Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – uśmiechnął się.
-Prawdziwe – czy tak szeroko można się w ogóle uśmiechać?! To się robi straszne.
-W takim razie nie mam się czym martwić - udał, że ociera pot z czoła. 
Alex chciała mu coś odpowiedzieć, ale pojawienie Marie jej to uniemożliwiło. 
-Ja spadam - złapała jabłko ze stołu i wyszła.
-A śniadanie? - zawołała Alex. - Przepraszam na chwilę - nie czekając na jakąkolwiek reakcje wyszła z jadalni.
-Twoje kuzynostwo wydaje się być miłe- stwierdził Kim Young, gdy siadaliśmy do stołu.
-Dobrze to ująłeś. Wydaje się - stwierdziłam kwaśno. - Ale nie powiem Ci jacy są okropni, bo się przestraszysz i uciekniesz.
-Ja? - uniósł brwi. - Poczekaj aż poznasz mojego ojca. On bije wszystkie rekordy. Nie wspominając o matce. 
-Nie mogą być aż tak źli.
-Uwierz mi, mogą. 
Nagle drzwi się otworzyły i do jadalni wparowała Alex.
-Już jestem z powrotem - wydyszała. - Niestety nie udało mi się dorwać Marie. Cholera szybko biega. Ale uwierz mi, Kim Young, jest urocza.
-Z pewnością.
Zaczęliśmy jeść. W trakcie posiłku przysiadł się Kamil. Cały czas mierzył Kim Younga nieprzyjemnym spojrzeniem, ale się nie odezwał. Przynajmniej tyle.
Po śniadaniu wszyscy wsiedliśmy do samochodu (jeśli można tak nazwać tę śliczną limuzynę, którą tata Alex kupił jej z okazji rozpoczęcia studiów) i ruszyliśmy na uczelnię.



BAM! Jest pierwszy rozdział! Przepraszam, że wstawiam go tak późno, ale miałam kłopoty techniczne... ale to nieważne!
Mam nadzieję, że wam się podoba. Tymczasem ja idę się uczyć. Jutro mam sprawdzian z francuskiego.
Pozdro ^^

sobota, 3 października 2015

"Na zawsze razem" Prolog

Alex. Kamil. Marie. Dominic. Kama. Pięć różnych imion. Pięć różnych osób. Pięć różnych historii. Razem zaczęliśmy. I razem skończyliśmy. Ale to co zdarzyło się w trakcie... poróżniło nas na zawsze.
Do dziś się zastanawiam jak to możliwe, że osoby, które nigdy nie miały przed sobą tajemnic, które przez całe życie były sobie najbliższe, nic o sobie nie wiedziały. 
Gdyby ta historia potoczyła się inaczej, gdybyśmy ufali sobie naprawdę w tej chwili nie stałabym z lufą pistoletu przystawioną do skroni osoby, którą kiedyś obroniłabym własnym ciałem. A ostrza noże nie wbijałoby się w mój bark. Nie czułabym się jak zwierzę w klatce - bez możliwości wyboru - zabij albo daj się zabić. 
Co wybieram? 
Rok temu, ba! nawet pół roku - wybór byłby oczywisty - ale nie dziś. Dziś na piedestale stawiam siebie. 
Więc kogo wybieram?
Siebie, Alex, Dominica, Marie czy Kamila? Tylko jedno z nas może przeżyć ten koszmar. Reszta.. musi się pożegnać. 
Kogo wybieram? 
Tak bardzo chciałabym czuć inaczej. Tak bardzo chciałabym być tą dziewczynką, która kiedyś bezinteresownie pomagała innym. Tak bardzo... ale teraz to nie ma znaczenia. Odkąd z pełną świadomością swoich czynów wyszłam z pokoju, gdy on umierał... to nie ma znaczenia. Patrzył na mnie z rozpaczą. Mogłam mu pomóc. Ale nie chciałam.
 Teraz to nie ma znaczenia. Teraz liczy się tylko jedno:
Kogo wybieram?
 

BAM! Jest prolog nowego opowiadania! Jak wam się podoba?
Miłego weekendu!

piątek, 25 września 2015

"Śmierć za życia" Wstęp

Pasożyt. Żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. Wszyscy nimi jesteśmy. Po prostu nazywamy to tak, by lepiej brzmiało. Wybrańcy. A mimo tego, bez ludzi nie przetrwamy. Teoretycznie mamy siebie nawzajem. Tylko, że nawzajem nie przynosi sobie żadnych korzyści. I to jest właśnie nasz problem. Nie potrafimy się ze przyjaźnić.
Manipulujemy. Kontrolujemy. Jesteśmy zachłanni... i samotni. Nienawidzimy tego. A że jedyne osoby, z którymi możemy się przyjaźnić, nie krzywdząc ich przy tym, są jednocześnie  osobami, które kochają grać - nie potrafimy sobie zaufać.  Więc tak egzystujemy. Wykorzystując tych, których kochamy, którzy są tak nieświadomi i delikatni, że nawet nie wiedzą jak wiele zła im wyrządzamy przy całusach, pocałunkach, przytuleniach czy nawet przypadkowych dotknięciach...
Jest początek :D jak wam się podoba? 

Ogłoszenie + nowe opowiadanie

Hej!
Wracam z nowym opowiadaniem, pt. "Na zawsze razem". Prócz niego będę publikować opowiadanie z poprzedniego bloga, "Śmierć za życia".

Oto opis nowego opowiadania:

Gdybym miała wymienić osoby, którym ufam najbardziej na świecie to byliby to Alex, Marie, Kamil, Dominic – moje kuzynostwo. Mimo kilometrów, które dzieliły nas każdego dnia ufaliśmy sobie. Wierzyliśmy, że to będzie trwać – nie ważne co nas spotka, tkwimy w tym razem.
Gdyby ktoś powiedział mi, że kiedykolwiek nacisnę spust, gdy naprzeciwko mnie stanie któreś z nich… cóż, pół roku temu nie uwierzyłabym. Ale pół roku temu wszystko było inaczej. Każde z nas mieszkało w innej części świata i widywaliśmy się jedynie w święta. A teraz mieszkamy pod jednym dachem. I okazuje się, że każdy z nas jest kimś zupełnie innym.
Mam na imię Kama. A to historia mojego upadku. 

W ten weekend dodam prolog i spis bohaterów. 
Pozdro ^^ 
I wytrzymania nawału sprawdzianów, kartkówek itp. :D

Główna bohaterka "Na zawsze razem" :D

sobota, 5 września 2015

Rozdział 22 (i Ostatni) "Koniec"

To dziś. Dziś wprowadzamy w życie wielki plan. Ja, Lily, Kate, Ladislaus i dziwny służący. Tak, on o dziwo wybiera się z nami. I tak, przez tydzień rozmów nie dowiedziałam się jak ma na imię. Sprytnie omijał ten temat.
Ta podróż będzie szybsza niż wszystkie pozostałe, ponieważ jedną ze zdolności Ladislausa jest teleportacja. O ile ktoś będzie czekał po drugiej stronie i nas ‘ściągnie’, cokolwiek to znaczy.
Atrakcje obejmują: porywającą przemową o wielkim złu jakim jest Colen, spektakularny wybuch jego ośrodka i fontannę krwi, którą stanie się Jungkey dzięki Kate. Najwyższa forma rozrywki. Potem następuje ta smutniejsza część. Wracamy do  Rosji, wybieramy trumny, projektujemy wielki, rodzinny grobowiec, płaczemy, żegnamy się i zakopujemy. Mello już leży na łożu śmierci. Gdy się żegnaliśmy niemiał siły wstać z łóżka. Ale to właśnie wtedy przeprowadziliśmy te normalne rozmowy. Dopiero wtedy jego choroba go opuściła, gdy został sam. Mam nadzieję, że nie umrze przed naszym powrotem.
-Misa? Czemu płaczesz? – skrzeczący głos przywrócił mnie do rzeczywistości. I uświadomił, że płaczę.
-Nic mi nie jest – burknęłam i otarłam łzy wierzchem wody.
Nie ma się co załamywać. Jeszcze wszyscy żyją.
No właśnie, jeszcze. Ale za parę dni będę sama. Po raz pierwszy nie będę miała nikogo.

-Wszyscy wiedzą co mają zrobić? – Ladislaus obrzucił wszystkim badawczym spojrzeniem.
-Znaleźć Colena.
-Unieszkodliwić ewentualnych strażników.
-Wyeliminować Veronicę.
-Wysadzić budynek.
-A wtedy ja zabiję Colena – dokończyła naszą wyliczankę Kate.
-Dokładnie – Lad pokiwał głową. – Wylądujemy w tym pomieszczeniu – pokazał nam po raz setny zdjęcie piwnicy w ośrodku. – Gdzie czeka na nas mój człowiek. Wszyscy wszystko wiedzą?
-Maglujemy to setny raz… - jęknęła Lily.
-Ostatni, Lil. Ostatni – poprawił ją Ladislaus, jakby jedno wykluczało drugie.
-Zawsze był taki drobiazgowy? – spytałam głośnym szeptem, tak by wszyscy usłyszeli.
-No przecież ja cię słyszę! – załamał ręcę.
-No przecież ja o tym wiem! – zawołałam tym samym tonem.
I w wesołej atmosferze opuściliśmy dom. Kraj. Kontynent. Mello.
Poczułam nieprzyjemny skurcz każdego mięśnia, zakręciło mi się w głowie i nie czułam już nic prócz rąk Lily i dziwnego służącego, ściskających moje. Nigdy więcej się na to nie zgo…
Upadłam na twardy beton. Z moich ust wydobył się jęk. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że jedynie Ladislaus stoi o własnych siłach i patrzy na nas z rozbawieniem. Miał wieki  by to opanować, my – niekoniecznie.
Nigdzie nie widziałam człowieka, który nas ‘ściągnął’, ale mniejsza.
-Lily, Kate, wasza kolej – mruknął.
-No przecież wiemy – odpowiedziały szeptem.
Nie widziałam dziewczyn, bo podszedł do mnie dziwny służący, by pomóc mi wstać, ale gdy już stałam o własnych siłach wydawałoby się, że w pomieszczeniu jestem tylko ja i oba dziewczyna.
-Powodzenia – powiedział cicho Ladislaus i po chwili rzeczywiście zostałyśmy same.
Zgodnie z planem, niewidzialni Lad, Kate i dziwny służący poszli unieszkodliwić ewentualne zagrożenia i upewnić się, że wszystko wybuchnie. W tym czasie ja mam wyciągnąć Colena przed budynek, a Lily Veronicę. Oczywiście jako ich bezimienne podopieczne.
Skinęłyśmy sobie głowami i każda ruszyła w swoją stronę. Nerwowo się rozglądając pokonałam dwa piętra i weszłam do gabinetu Colena. Siedział tam jak gdyby nigdy nic.
-Mogę w czymś pomóc? – uśmiechnął się dobrotliwie, a we mnie wszystko aż się skręciło. Zaprowadzę go na spotkanie ze śmiercią.
-Tam… tam… trzeba iść proszę pana – bycie zdezorientowaną i przerażoną chyba weszło mi w krew, bo nie miałam żadnych problemów by taką udawać.
-Co się stało? –podszedł do mnie.
-Szybko… ona potrzebuje pomocy…- złapałam go za nadgarstek i pociągnęłam na korytarz.
-Pójdę z tobą. Ale uspokój się i powiedz co się stało.
Zaczęłam opowiadać z prędkością światła zmyśloną historyjkę, z której on – wnioskując po jego minie – nie zrozumiał ani słowa.
-Dobrze, chodźmy – przerwał mi.
 Pociągnęłam go w stronę wyjścia z budynku. Już za późno by zmienić cokolwiek. Jak bym nie chciała… już nic nie da się zmienić.
-Jak się czujesz? – zapytał, gdy byliśmy przy drzwiach.
Nie odpowiedziałam. Byliśmy przed budynkiem. Puściłam jego nadgarstek i odsunęłam się.
-To gdzie… -zaczął, ale Lad wszedł mu w słowo:
-Tutaj.
I nastąpił koniec. Dosłownie światło zgasło, a ja zostałam sam na sam z dziwnym służącym.
-Zabolało mnie to, że mnie nie poznałaś – powiedział. – Dawałem ci tak wyraźne wskazówki. Do tego w swojej nowej postaci umieściłem tak wiele elementów poprzedniej. Cechy wyglądu, charakteru. Zadowalające jest to, że chociaż odczuwałaś to podobieństwo.
-Co? O co ci chodzi?
-Szkoda, że nie jesteś prawdziwa. Polubiłem cię – wyciągnął serwetkę z kieszeni fraka i potarł nią ten dziwaczny wąsik na francuską modłę, a on… zniknął.  – Ale to dowodzi, że nasz eksperyment się powiódł. – zdjął okulary i wstał.
Nagle światło się zapaliło i zobaczyłam wokół mnie mnóstwo znajomych twarzy. Ladislausa, Colena, Lily, Kate, Mello… nawet Teresę. Jak to możliwe?
Spojrzałam ponownie na dziwnego  służącego. Stał przede mną jedynie w koszuli i spodniach, cała reszta gdzieś zniknęła.
-R-robert… - wyszeptałam zszokowana.
Pokiwał głową.
-Ale i tak gratuluję – rozejrzał się po czym zwrócił się do wszystkich. – Eksperyment zakończony sukcesem! Dziękuję wszystkim za ciężką pracę. Przedstawimy to – wskazał na mnie. – Na konferencji naukowej w Berlinie. Po wielu latach stworzyliśmy sztuczną inteligencję zdolną myśleć jak człowiek, kochać jak człowiek i wyglądać jak człowiek. Obiekt 3452 jest pierwszym sztucznym człowiekiem!
Wszyscy się cieszyli i śmiali, ale ja wciąż nie rozumiałam. Jak to sztuczna inteligencja? Jak to sztuczny człowiek? Jestem prawdziwa… urodziłam się, dorastałam… miałam rodzinę i przyjaciół! Jestem prawdziwa!
-Nie kochanie, nie jesteś – Robert znów skierował na mnie swoją uwagę. – Ale to, że nie potrafisz w to uwierzyć to kolejny dowód, że nam się udało. Wszystkie zdarzenia, zarówno te prawdziwe jak i fantastyczne miały dowieść twoich ludzkich emocji i zachowań.
Z tłumu wyszła Teresa i zawołała donośnym głosem:
-Wyłączyć obiekt 3452!
-Odłączam zasilanie obiektu 3452 – powiedział jakiś metaliczny głos.
-Tak kochanie – Robert uśmiechnął się do mnie. – Jesteś na baterie. Do zobaczenia na konferencji w Berlinie.
Widziałam jak rusza ustami, ale nic nie słyszałam. Mój wzrok się zamazał. Jedyne co miałam w głowie to pytanie:
Czy ja jestem prawdziwa?
-Misa, pobudka! – mama?

A może mi się to tylko śni?



BAM! Jest koniec. Trochę się wzruszyłam pisząc ostatni rozdział. Mam nadzieję, że spodobało wam się zakończenie. I ogólnie całe opowiadanie. 
Skoro to ostatni rozdział to mam do was prośbę: skomentujcie. Chcę wiedzieć ile osób w rzeczywistości to przeczytało. 
Już myślę nad kolejnym, o zupełnie innej tematyce.
A jak tam początek roku? Macie luz, czy już was zawalają toną pracy domowej? U mnie (niestety) to drugie :/
Pozdro ^^

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 21 "Ostatnia godzina"

Czy uwierzyłam Ladislausowi w te wzruszające przemówienie? Nie. Nie ufam ani jemu, ani Colenowi. Każdy z nich ma swoje racje i swoje winy. Żebym nagle otworzyła serce na któregokolwiek z nich musiał by się wydarzyć cud. Coś w stylu: "jest niewinny", "naprawdę żałuje" albo "mam rozdwojenie jaźni, to wina tego drugiego ja". Chociaż... nie, "naprawdę żałuję" już słyszałam i jakoś mnie nie przekonało. Nie mniej, po którejś stronie musiałam stanąć. Za dużego wyboru nie miałam, uciekłam od Colena, a od Stokrotki raczej nie prędko (jeśli w ogóle) się wydostanę. Po za tym, Ladislaus to moja rodzina. Nawet jeśli nie pałam do niego miłością. Dochodzi do tego fakt, że Lily i Kate, nie opuszczą go, zwłaszcza po "wielkim pojednaniu". A ich nie zostawię.
W planach Stokrotki mieściły się dwie rzeczy - spektakularna zemsta i zejście z tego świata z przytupem. Postrach kilku ostatnich stuleci nie ma zamiaru odejść bez wielkiego finału krwawego show, którym uczynił swoje życie. A jego siostry nie miały nic przeciwko, póki nie ucierpią przez to niewinni ludzie. Stokrotka się z nimi zgadza. Mam jedynie wrażenie, że ich pojęcie znaczenia słowa "niewinny" nieco się różni...
-Siostrzyczko! - do mojego pokoju wpadł Mello. Gdy tylko dowiedział się, że będę z nimi mieszkać, był wyraźnie ucieszony. I zostałam jego trzecią siostrzyczką, która "nigdy go nie opuści". Choć patrząc na moje życie, słowo "nigdy" wydaje się tracić na znaczeniu.
-Hmm? - zerknęłam na niego.
-Nudzi mi się! Pograjmy w coś! - wykrzyknął. Nie żeby mi to przeszkadzało (cholernie mnie zabolało, ale cii nic się nie stało) wprost do mojego ucha.
-Paniczu Mello... - do pokoju wpadła zdyszana niańka chłopca.
Gdy tylko chłopiec znalazł się w zasięgu jej wzroku, oparła ręce na ugiętych kolanach i zaczęła uspokajać oddech.
-Nie wolno... przeszkadzać... panience... - dyszała.
Dość śmieszny widok. Mi udało powstrzymać się niestosowny śmiech, niestety Mello nikt nie nauczył jakichkolwiek norm społecznych i chłopak wybuchnął niepohamowanym rechotem (nie ukrywam, najładniejszego śmiechu to od nie ma).
-Mello! Nie wolno się śmiać z innych! - zbeształam go.
Chłopiec natychmiast przestał się śmiać, a jego oczy wypełniły się łzami. Niania rzuciła mu zalęknione spojrzenie i rozpoczęło się kolejne przedstawienie, które Mello urządzał kilka razy dziennie, codziennie, przez kilka ostatnich dni.
-Misia... Misia jeśt na mnie śła? - wydukał, szlochając. - Misia jeśt śła!
-No już - mruknęłam niechętnie. - Uspokój się. Nie jestem.
-Misia nie bąć na mnie śła!
W takich chwilach działało na niego tylko jedno. Trzeba było go przytulić i zapewnić, że jest najwspanialszym dzieckiem na świecie (chociaż już dawno nie jest taki mały. Jest dużo starszy ode mnie!). Podstępny szantażysta.
-Braciszek cię woła – powiedział w końcu, gdy udało mi się go uspokoić.
-Ach tak? Czego chce?
-Noo… - Mello zmarszczył brwi. – Tego nie usłyszałem, ale… zaraz tu przyjdzie ten dziwny pan i ci powie.
-W takim razie ty już lepiej idź z nianią do siebie, dobrze? Będzie źle jeśli się wyda, że podsłuchiwałeś – chłopiec pokiwał z powagą głową i podbiegł do opiekunki, złapał ją za rękę i szybko wyciągnął z pokoju.
Dziwny pan… nie za wiele mi to pomogło, tutaj nikt nie jest normalny! Choć personelu też nie ma tu za dużo. Niania, Light, ten chłopak, którego imienia ciągle zapominam i pomoc domowa. W sumie cztery osoby. Kobiety odpadają. Tamtego chłopaka praktycznie nie widuję... Lighta też nie. Unika mnie jak się da. Czyżby było mu wstyd za to co zrobił?
Wstałam, gdy usłyszałam kroki po drugiej stronie drzwi.
-Mogę wejść? – usłyszałam nieznany głos.
-Tak – mruknęłam pod nosem, wiedząc, że i tak usłyszy. Z jakiegoś powodu tutaj wszyscy mają super czuły słuch.
To co zobaczyłam, nie do końca pokrywało się z tym co chciałam zobaczyć. Wysoki, blady mężczyzna, z burzą czarnych loków na głowie (sięgały mu do szyi). Wąsik na francuską modłę i brzydkie okulary z grubymi szkłami. I nie zapominajmy o garniturze. Elegancki, czarny frak, śnieżnobiała koszula, mucha i wypolerowane buty.
Szybko odwróciłam od niego wzrok, by nie wybuchnąć śmiechem. Wszyscy, włączając w to służbę, zawsze byli ubrani w normalne, codzienne ubrania. Nic ich nie wyróżniało spośród domowników. (Może oprócz niani Mello. Ona zawsze była czerwona i zdyszana.) A ten tutaj… zupełnie jakby się urwał z jakiejś niebywale eleganckiej restauracji.
-Pan Ladislaus oczekuje panienki w swoich pokojach – zaskrzeczał nisko.
-Dobrze, zaraz do niego pójdę – mruknęłam, wciąż nie patrząc na mojego rozmówcę.
-Sprawa dotyczy dawno niewidzianej twarzy – kontynuował. – To spotkanie będzie jak… powrót po latach do wszystkiego co najlepsze w życiu.
-Dobrze. Zaraz pójdę – powtórzyłam, podchodząc do szafy.
-Chodzi o to, że… - chciał tłumaczyć dalej jak wspaniałe będzie to spotkanie, ale miałam go już dość. Naprawdę, żeby tak wyglądać i mieć do tego tak okropny głos…
-Zaraz pójdę do Ladslausa! – uniosłam się. – A ty możesz już wyjść!
Co to życie ze mną robi? Rok temu w życiu nie krzyknęłabym na kogoś. Zwłaszcza, gdy owy ktoś zwraca się do mnie per „pani”.
-Oczywiście, panienko. - niezadowolony zacmokał i wyszedł.
Gdy tylko jego kroki ucichły na korytarzu, skierowałam się w stronę drzwi, delikatnie je uchyliłam i rozejrzałam się. Pusto. Można spokojnie wyjść.
Pokój Lada znajduje się na drugim końcu domu, więc za każdym razem, gdy do niego idę, muszę się porządnie zmęczyć. Jogging z głowy.
Gdy już stałam przed drzwiami do pokoju Ladislausa, do głowy przyszło mi pytanie, które powinnam sobie zadać dużo wcześniej: Czego on ode mnie chce?

Ladislaus chciał się podzielić ze mną, Lily i Kate swoim wspaniałym planem. Lily nie wyglądała na przekonaną, ale Kate niemal skakała z radości. Jej oprawca, po latach, miał zostać ukarany. Na jej miejscu też bym się cieszyła.
-A ty, Misa? Co o tym sądzisz? – spytał, gdy dziewczyny wyraziły wszystkie swoje za i niemal przeciw.
-Dla mnie brzmi ok. – wzruszyłam ramionami. Nigdy nie miałam głowy do planowania takich rzeczy.
I w ten sposób plan został zatwierdzony i wprowadzony w życie. Jego realizacja miała rozpocząć się za tydzień - 15 września.
Przez ten tydzień, śmieszny służący we fraku nachodził mnie co najmniej kilkadziesiąt razy. W ciągu jednej z jego wizyt, gdy teatralnym gestem zdjął okulary, uświadomiłam sobie, że przypomina mi Roberta. Włosy, oczy, cera, wzrost, a nawet ten dziwaczny głos – to wszystko miało w sobie coś z Haldera. Łatwo zgadnąć, że od tamtej pory żadna z jego wizyt nie przyprawiała mnie o śmiech a o płacz. Ale przynajmniej udawał, że tego nie widzi.
Mello też często do mnie wpadał. Jego napady płaczu zdarzały się coraz rzadziej, raz czy dwa mogłam z nim nawet normalnie porozmawiać. Kate z kolei nie widywałam w ogóle. Razem z Ladislausem zajmowała się przygotowaniami „wielkiej zemsty”. Lily cały czas spędzała w swoim pokoju. Lighta też nigdzie nie było. W sumie to Mello i służący we fraku byli moim jedynym towarzystwem.
-Jak się czujesz z tym wszystkim? – spytał któregoś dnia. – Cała ta zemsta… wierzysz w to?
-Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Lad, Lily i Kate są moją rodziną. Rodzina trzyma się razem.
-Czyli chcesz tej zemsty ze względu na nich? – dociekał tym swoim skrzeczącym głosem.
-Nie to nie tak. Colen zasłużył na to co dostanie – mruknęłam.
Nigdy jednak nie podzieliłam się z nim swoimi wątpliwościami. Gdzie jest Mike? Co się z nim stało? Dlaczego tylko Colen miał być ukarany? Co się stało z jego bratem? Umarł? Czy żyje? Skoro Colen tak bardzo skrzywdził Kate, to dlaczego Lily nie jest zadowolona, choćby ze szczęścia siostry? Dlaczego wszystko co zrobił Ladislaus poszło w niepamięć po jednej, wzruszającej rozmowie, która przecież nie wyjaśniła tak dużo? Żadna miłość nie może być aż tak bezwarunkowa.
-Więc co cię martwi?
Nie odpowiedziałam. Kolejny raz wzruszyłam ramionami i zapatrzyłam się w okno. Co mnie martwiło? Teresa. Umarła dla mnie. A ja koniec końców sprzymierzyłam się z tym, przed czym ona próbowała mnie ochronić. Zrobiłam jej największe świństwo - pozwoliłam by umarła na próżno.
















BAM BAM BAM! Jeszcze tylko jeden rozdział do końca :/ jest już napisany, wstawię go w piątek i żegnam się z historią Misy :/
+ pytanie: chcecie żebym wstawiła tu opowiadanie „Śmierć za życia” z mojego poprzedniego bloga?
Miłego ostatniego dnia wakacji :D

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 20 "To nasz koniec"

Gdy otworzyłam oczy leżałam na dużym, wygodnym łóżku przykryta czerwoną kołdrą. Przetarłam twarz i podniosłam się do siadu. Przez szpary w żaluzjach wpadały pierwsze promienie słońca.
Skąd się tu wzięłam? Ostatnie co pamiętam to przyjście Lighta i Alexa… nie. Lecieliśmy samolotem… rozmawiałam z Lightem… zasnęłam. Nie chciałam iść spać, nie chciałam być spokojna, ale coś uniemożliwiło mi inne reakcje. Pewnie coś mi wstrzyknęli. W tej chwili to nieważne. Najprawdopodobniej jestem w domu Ladislausa. Kate i Lily pewnie też gdzieś tu są. 
Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Light.
-Dwanaście godzin – uśmiechnął się. – Punktualnie co do minuty.
Nie mam zielonego pojęcia o czym on pieprzy.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć – kontynuował, nie zwracając uwagi na mój brak reakcji.
-Gdzie jest Lily i Kate? – to było jedyne co przyszło mi do głowy.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislausem.
-To nie jest odpowiedź na moje pytanie – wytknęłam mu.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislusem – powtórzył.
-Gdzie jest Lily i Kate? – przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał jak zawsze. Nie różnił się absolutnie niczym. Nawet… jego ubrania były tymi, które miał na sobie przy naszym pierwszym spotkaniu.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Gdzie on jest?
-Czeka na ciebie.
-Dlaczego? – w mojej głowie rozdzwonił się alarm. To nie było normalne. Zachowywał się jak maszyna.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Dlaczego? – z nerwów zaczęło robić mi się niedobrze.
-On… - zaczął niepewnie. – On… chce… - urwał. – Czeka na ciebie – dokończył bezbarwnym tonem, a ja jęknęłam z frustracji.
Co miałam zrobić w takiej sytuacji? Wygrzebałam się z pościeli i opuściłam pokój w towarzystwie Light’a.
Z mijanych pomieszczeń rozpoznałam jedynie jedno - pokój, w którym umarła Teresa. Drzwi, jakby specjalnie, były rozwarte na oścież. Na łóżku leżała ta sama pościel. Różne, z pozoru niegroźne przedmioty, wciąż leżały porozrzucane na podłodze. Nawet krew... nadal barwiła podłogę. Zaschnęła i pociemniała, ale z pewnością była tą samą krwią.
-Misa, musimy się śpieszyć - ponaglił mnie Light. Dopiero jego głos uświadomił mi, że się zatrzymałam. Szybko odwróciłam głowę od ponurego widoku i przyśpieszyłam. Nie chciałam widzieć miejsca, w którym zaszła we mnie nieodwracalna zmiana. Miejsca, w którym zabiłam.
W końcu blondyn wprowadził mnie do ogromnego salonu. Sufit ginął w ciemnościach, a pomieszczenie było oświetlone jedynie buchającymi z kominka płomieniami. Naprzeciwko stały duże fotele, sponad których wystawały jedynie czubki głów. Light podszedł do osoby siedzącej najdalej od ognia, ukłonił się, a następnie odszedł w róg salonu i stopił się z cieniem.
Niepewnie podeszłam bliżej kominka.
-Dobrze cię znowu widzieć, Misa - stwierdził znajomy głos. Zdębiałam. Ladislaus. On żyje. Chociaż wiedziałam o tym wcześniej, dopiero teraz, znajdując się tak blisko niego, mogłam poczuć pełen strach płynący z tego faktu.
-Usiądź - posłusznie wykonałam polecenia.- Cieszę się, że jesteś w tak dobrym stanie, zważywszy na to, że Colen szuka cię po całym świecie.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo raczej "dzięki, też się cieszę, że jednak cię nie zabiłam" nie jest najlepszą opcją. Na szczęście w tym momencie do pokoju ponownie ktoś wszedł, więc byłam, chociaż na chwilę, uwolniona od odpowiedzi.
-Ach, a oto i moje drogie siostrzyczki! - zawołał Ladislaus i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Odwróciłam się.Za nami stały Lily i Kate, Obie dziewczyny patrzyły na Ladislausa jak na przybysza z obcej planety.
-Lad... - powiedziała cicho Kate, jak gdyby chciała się upewnić, że to on.
-Oczywiście, że ja! A któż by inny?!
W tym momencie w oczach Lily zalśniły łzy. Nie zwracając na nikogo uwagi podbiegła do mężczyzny i z całej siły go przytuliła.
-Też cię cieszę, że was widzę - mruknął Ladislaus i odwzajemnił uścisk. Zupełnie jakby był inną osobą. Jak gdyby był zwykłym chłopakiem, który stęsknił się za rodziną.
-O co w tym wszystkim chodzi, Lad? - spytała Kate niepewnie. Cała jej siła, którą tak podziwiałam gdzieś zniknęła. Co jest zrozumiałe. Wszyscy, jakby na to nie patrzeć, jesteśmy rodziną. Kate nie musi nikogo bronić. Nie ma jak.
-Mógłbym zadać wam dokładnie to samo pytanie - Ladislaus odsunął się od Kate. - O co w tym wszystkim chodzi?
-Żartujesz sobie? To ty nas tu ściągnąłeś! To twoi ludzie nafaszerowali nas czymś po drodze! - w jej oczach pojawił się znajomy błysk.
-Zło konieczne - wzruszył ramionami.
-Ty sobie kpisz?! Zło konieczne? Więc tak to się teraz nazywa?! - w tej chwili dla tej dwójki nie istniał świat zewnętrzny. Byli tylko oni i ich kłótnia.
-Tak, ja... - urwał.- Nie sprowadziłem was tutaj by się kłócić.
-Sprowadzić to ty sobie możesz ryż z Japonii! - warknęła Kate. 
Nagle Lily złapała Ladislausa za rękę i pociągnęła w stronę Kate. Ją też złapała za rękę.
-Nie kłóćcie się - poprosiła cicho. 
-Kate, ja,.. chcę wyjaśnić całą tę sprawę. Moje przyrzeczenie i... całą resztę - mruknął Ladislaus.
-W takim razie słucham.
Nie mam pojęcie co Lily im zrobiła, ale poskutkowało. Cudotwórczyni.
-Usiądźmy - westchnął Ladislaus. - To nie będzie krótka historia.
Po raz pierwszy zobaczyłam w nim to wszystko co przeżył. Zmęczony głos, zmartwiony wyraz twarzy... nawet się przygarbił - to była zupełnie inna strona Ladislausa, niż ta, którą miałam przykrość poznać.
-Ten jeden raz Colen przekroczył granicę. Przez te wszystkie lata nie ingerowałem w to co robi, nie ukarałem go tak jak jego brata, a to wszystko przez sympatię jaką do niego żywiłem. Wybacz mi Kate - spojrzał na dziewczynę. - Powinienem skręcić mu kark setki lat temu.
-Tak - zgodziła się z nim sucho - powinieneś.
-Tamtego dnia, gdy wróciłem do domu, a was nie było - pokręcił głową. Myślałem, że umrę. Nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałyście mi odebrane. Przysiągłem was chronić i zawiodłem - z jego gardła wydobył się szloch. - Nie pomściłem was! Jedyne co mogłem zrobić to dopełnienie przyrzeczenia.
-Jakiego przyrzeczenia? - oczy Lily rozszerzyły się ze strachu.
-Przyrzekłem was chronić. Byłem gotów zapłacić każdą cenę byście żyły. Nawet jeśli oznaczało to, że znienawidzicie mnie na resztę życia.
-Lad, coś ty zrobił?
-W zamian za nasze życia, przez te wszystkie lata zabijałem wszystkich potomków naszej rodziny. By utrzymać równowagę. Krew za krew. Życie za życie - mówił coraz ciszej.
-Dlatego mnie porwałeś? Chciałeś.. chcesz... mnie zabić? - spytałam.
To miało sens. Moje życie w zamian za ich przetrwanie.
-Chciałem póki nie spotkałem cię osobiście. Jesteś jedną z ostatnich, Misa - wyjaśnił. - Teoretycznie rzecz biorąc zabicie cię jest całkiem logiczne - powinnam uciekać już czy zaraz? - Przez cały czas, gdy cię obserwowałem, czułem, że jest coś z tobą nie tak.
-Dzięki - mruknęłam, na co on delikatnie się uśmiechnął.
-Jednak dopiero w Japonii zrozumiałem co. Jesteś anomalią, Misa.
-To, że różni się od innych nie znaczy od razu, że możesz ją nazywać anomalią! - oburzyła się Lily. Ok, tryb matczyny jej się włączył.
-Lily, strasznie matkujesz Misie. Nie zastanawiałaś się dlaczego? - Ladislaus spojrzał na mnie sugestywnie.
-Jest moją potomkinią! I wcale  jej nie matkuję. Po prostu się martwię! - odpowiedziała wzburzona.
-Wiem. Sęk w tym, że... jest też moją spadkobierczynią - oczy dziewczyn rozszerzyły się.
Czy tylko ja nie za bardzo rozumiem o co tu chodzi?
-Dokładnie. Misa, wbrew pozorom, jest ostatnia.
-Dobra, koniec tego! - wkurzyłam się. - Można trochę jaśniej?
-Misa, pochodzi w linii prostej od Lily i Lada. Każde z twoich rodziców było naszym potomkiem - wyjaśniła Kate. - A to oznacza, że ty jesteś ostatnia.
-Niby dlaczego? - zdziwiłam się. - Póki co wiem z tego tyle, że moi rodzice byli ze sobą spokrewnieni... fuj!
-Przysięga, którą złożyłem była wiążąca - powiedział Ladislaus. - Musiałem ją wypełnić za wszelką cenę. Inaczej żadne z nas nigdy nie zaznało by spokoju. Nasza nieśmiertelność to wynik układu, który zawarłem by dopełnić przysięgi. Przez to, że pochodzisz od dwójki z nas jesteś... hmm... - podrapał się po karku. - Jakby to delikatnie powiedzieć...
-Bezpłodna - wtrąciła Kate.
-Wiem, że jestem bezpłodna - mruknęłam.
Gdy w wieku czternastu lat nie dostałam miesiączki mama poszła ze mną do ginekologa. I wyszło szydło z worka...
-Skoro nie możesz mieć dzieci i jesteś ostatnią... nie ma sensu cię zabijać. To nasz koniec - dokończył Ladislaus, a ja czułam jak ulatuje ze mnie całe powietrze.




Po kolejnej długiej przerwie - nowy rozdział. Od razu mówię/piszę, że to tylko przez wakacje. Żadnych kryzysów twórczych!
Po za tym powoli zbliżamy się do końca opowiadania! 
I ostatnia sprawa: by łatwiej było szukać rozdziałów zrobiłam spis treści. To tyle (^.^)
Do następnego rozdziału!

PS. Niedługo szkoła (tak wiem, odkrywcza jestem xd) Cieszycie się?