Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

Rozdział 22 (i Ostatni) "Koniec"

To dziś. Dziś wprowadzamy w życie wielki plan. Ja, Lily, Kate, Ladislaus i dziwny służący. Tak, on o dziwo wybiera się z nami. I tak, przez tydzień rozmów nie dowiedziałam się jak ma na imię. Sprytnie omijał ten temat.
Ta podróż będzie szybsza niż wszystkie pozostałe, ponieważ jedną ze zdolności Ladislausa jest teleportacja. O ile ktoś będzie czekał po drugiej stronie i nas ‘ściągnie’, cokolwiek to znaczy.
Atrakcje obejmują: porywającą przemową o wielkim złu jakim jest Colen, spektakularny wybuch jego ośrodka i fontannę krwi, którą stanie się Jungkey dzięki Kate. Najwyższa forma rozrywki. Potem następuje ta smutniejsza część. Wracamy do  Rosji, wybieramy trumny, projektujemy wielki, rodzinny grobowiec, płaczemy, żegnamy się i zakopujemy. Mello już leży na łożu śmierci. Gdy się żegnaliśmy niemiał siły wstać z łóżka. Ale to właśnie wtedy przeprowadziliśmy te normalne rozmowy. Dopiero wtedy jego choroba go opuściła, gdy został sam. Mam nadzieję, że nie umrze przed naszym powrotem.
-Misa? Czemu płaczesz? – skrzeczący głos przywrócił mnie do rzeczywistości. I uświadomił, że płaczę.
-Nic mi nie jest – burknęłam i otarłam łzy wierzchem wody.
Nie ma się co załamywać. Jeszcze wszyscy żyją.
No właśnie, jeszcze. Ale za parę dni będę sama. Po raz pierwszy nie będę miała nikogo.

-Wszyscy wiedzą co mają zrobić? – Ladislaus obrzucił wszystkim badawczym spojrzeniem.
-Znaleźć Colena.
-Unieszkodliwić ewentualnych strażników.
-Wyeliminować Veronicę.
-Wysadzić budynek.
-A wtedy ja zabiję Colena – dokończyła naszą wyliczankę Kate.
-Dokładnie – Lad pokiwał głową. – Wylądujemy w tym pomieszczeniu – pokazał nam po raz setny zdjęcie piwnicy w ośrodku. – Gdzie czeka na nas mój człowiek. Wszyscy wszystko wiedzą?
-Maglujemy to setny raz… - jęknęła Lily.
-Ostatni, Lil. Ostatni – poprawił ją Ladislaus, jakby jedno wykluczało drugie.
-Zawsze był taki drobiazgowy? – spytałam głośnym szeptem, tak by wszyscy usłyszeli.
-No przecież ja cię słyszę! – załamał ręcę.
-No przecież ja o tym wiem! – zawołałam tym samym tonem.
I w wesołej atmosferze opuściliśmy dom. Kraj. Kontynent. Mello.
Poczułam nieprzyjemny skurcz każdego mięśnia, zakręciło mi się w głowie i nie czułam już nic prócz rąk Lily i dziwnego służącego, ściskających moje. Nigdy więcej się na to nie zgo…
Upadłam na twardy beton. Z moich ust wydobył się jęk. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że jedynie Ladislaus stoi o własnych siłach i patrzy na nas z rozbawieniem. Miał wieki  by to opanować, my – niekoniecznie.
Nigdzie nie widziałam człowieka, który nas ‘ściągnął’, ale mniejsza.
-Lily, Kate, wasza kolej – mruknął.
-No przecież wiemy – odpowiedziały szeptem.
Nie widziałam dziewczyn, bo podszedł do mnie dziwny służący, by pomóc mi wstać, ale gdy już stałam o własnych siłach wydawałoby się, że w pomieszczeniu jestem tylko ja i oba dziewczyna.
-Powodzenia – powiedział cicho Ladislaus i po chwili rzeczywiście zostałyśmy same.
Zgodnie z planem, niewidzialni Lad, Kate i dziwny służący poszli unieszkodliwić ewentualne zagrożenia i upewnić się, że wszystko wybuchnie. W tym czasie ja mam wyciągnąć Colena przed budynek, a Lily Veronicę. Oczywiście jako ich bezimienne podopieczne.
Skinęłyśmy sobie głowami i każda ruszyła w swoją stronę. Nerwowo się rozglądając pokonałam dwa piętra i weszłam do gabinetu Colena. Siedział tam jak gdyby nigdy nic.
-Mogę w czymś pomóc? – uśmiechnął się dobrotliwie, a we mnie wszystko aż się skręciło. Zaprowadzę go na spotkanie ze śmiercią.
-Tam… tam… trzeba iść proszę pana – bycie zdezorientowaną i przerażoną chyba weszło mi w krew, bo nie miałam żadnych problemów by taką udawać.
-Co się stało? –podszedł do mnie.
-Szybko… ona potrzebuje pomocy…- złapałam go za nadgarstek i pociągnęłam na korytarz.
-Pójdę z tobą. Ale uspokój się i powiedz co się stało.
Zaczęłam opowiadać z prędkością światła zmyśloną historyjkę, z której on – wnioskując po jego minie – nie zrozumiał ani słowa.
-Dobrze, chodźmy – przerwał mi.
 Pociągnęłam go w stronę wyjścia z budynku. Już za późno by zmienić cokolwiek. Jak bym nie chciała… już nic nie da się zmienić.
-Jak się czujesz? – zapytał, gdy byliśmy przy drzwiach.
Nie odpowiedziałam. Byliśmy przed budynkiem. Puściłam jego nadgarstek i odsunęłam się.
-To gdzie… -zaczął, ale Lad wszedł mu w słowo:
-Tutaj.
I nastąpił koniec. Dosłownie światło zgasło, a ja zostałam sam na sam z dziwnym służącym.
-Zabolało mnie to, że mnie nie poznałaś – powiedział. – Dawałem ci tak wyraźne wskazówki. Do tego w swojej nowej postaci umieściłem tak wiele elementów poprzedniej. Cechy wyglądu, charakteru. Zadowalające jest to, że chociaż odczuwałaś to podobieństwo.
-Co? O co ci chodzi?
-Szkoda, że nie jesteś prawdziwa. Polubiłem cię – wyciągnął serwetkę z kieszeni fraka i potarł nią ten dziwaczny wąsik na francuską modłę, a on… zniknął.  – Ale to dowodzi, że nasz eksperyment się powiódł. – zdjął okulary i wstał.
Nagle światło się zapaliło i zobaczyłam wokół mnie mnóstwo znajomych twarzy. Ladislausa, Colena, Lily, Kate, Mello… nawet Teresę. Jak to możliwe?
Spojrzałam ponownie na dziwnego  służącego. Stał przede mną jedynie w koszuli i spodniach, cała reszta gdzieś zniknęła.
-R-robert… - wyszeptałam zszokowana.
Pokiwał głową.
-Ale i tak gratuluję – rozejrzał się po czym zwrócił się do wszystkich. – Eksperyment zakończony sukcesem! Dziękuję wszystkim za ciężką pracę. Przedstawimy to – wskazał na mnie. – Na konferencji naukowej w Berlinie. Po wielu latach stworzyliśmy sztuczną inteligencję zdolną myśleć jak człowiek, kochać jak człowiek i wyglądać jak człowiek. Obiekt 3452 jest pierwszym sztucznym człowiekiem!
Wszyscy się cieszyli i śmiali, ale ja wciąż nie rozumiałam. Jak to sztuczna inteligencja? Jak to sztuczny człowiek? Jestem prawdziwa… urodziłam się, dorastałam… miałam rodzinę i przyjaciół! Jestem prawdziwa!
-Nie kochanie, nie jesteś – Robert znów skierował na mnie swoją uwagę. – Ale to, że nie potrafisz w to uwierzyć to kolejny dowód, że nam się udało. Wszystkie zdarzenia, zarówno te prawdziwe jak i fantastyczne miały dowieść twoich ludzkich emocji i zachowań.
Z tłumu wyszła Teresa i zawołała donośnym głosem:
-Wyłączyć obiekt 3452!
-Odłączam zasilanie obiektu 3452 – powiedział jakiś metaliczny głos.
-Tak kochanie – Robert uśmiechnął się do mnie. – Jesteś na baterie. Do zobaczenia na konferencji w Berlinie.
Widziałam jak rusza ustami, ale nic nie słyszałam. Mój wzrok się zamazał. Jedyne co miałam w głowie to pytanie:
Czy ja jestem prawdziwa?
-Misa, pobudka! – mama?

A może mi się to tylko śni?



BAM! Jest koniec. Trochę się wzruszyłam pisząc ostatni rozdział. Mam nadzieję, że spodobało wam się zakończenie. I ogólnie całe opowiadanie. 
Skoro to ostatni rozdział to mam do was prośbę: skomentujcie. Chcę wiedzieć ile osób w rzeczywistości to przeczytało. 
Już myślę nad kolejnym, o zupełnie innej tematyce.
A jak tam początek roku? Macie luz, czy już was zawalają toną pracy domowej? U mnie (niestety) to drugie :/
Pozdro ^^

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 21 "Ostatnia godzina"

Czy uwierzyłam Ladislausowi w te wzruszające przemówienie? Nie. Nie ufam ani jemu, ani Colenowi. Każdy z nich ma swoje racje i swoje winy. Żebym nagle otworzyła serce na któregokolwiek z nich musiał by się wydarzyć cud. Coś w stylu: "jest niewinny", "naprawdę żałuje" albo "mam rozdwojenie jaźni, to wina tego drugiego ja". Chociaż... nie, "naprawdę żałuję" już słyszałam i jakoś mnie nie przekonało. Nie mniej, po którejś stronie musiałam stanąć. Za dużego wyboru nie miałam, uciekłam od Colena, a od Stokrotki raczej nie prędko (jeśli w ogóle) się wydostanę. Po za tym, Ladislaus to moja rodzina. Nawet jeśli nie pałam do niego miłością. Dochodzi do tego fakt, że Lily i Kate, nie opuszczą go, zwłaszcza po "wielkim pojednaniu". A ich nie zostawię.
W planach Stokrotki mieściły się dwie rzeczy - spektakularna zemsta i zejście z tego świata z przytupem. Postrach kilku ostatnich stuleci nie ma zamiaru odejść bez wielkiego finału krwawego show, którym uczynił swoje życie. A jego siostry nie miały nic przeciwko, póki nie ucierpią przez to niewinni ludzie. Stokrotka się z nimi zgadza. Mam jedynie wrażenie, że ich pojęcie znaczenia słowa "niewinny" nieco się różni...
-Siostrzyczko! - do mojego pokoju wpadł Mello. Gdy tylko dowiedział się, że będę z nimi mieszkać, był wyraźnie ucieszony. I zostałam jego trzecią siostrzyczką, która "nigdy go nie opuści". Choć patrząc na moje życie, słowo "nigdy" wydaje się tracić na znaczeniu.
-Hmm? - zerknęłam na niego.
-Nudzi mi się! Pograjmy w coś! - wykrzyknął. Nie żeby mi to przeszkadzało (cholernie mnie zabolało, ale cii nic się nie stało) wprost do mojego ucha.
-Paniczu Mello... - do pokoju wpadła zdyszana niańka chłopca.
Gdy tylko chłopiec znalazł się w zasięgu jej wzroku, oparła ręce na ugiętych kolanach i zaczęła uspokajać oddech.
-Nie wolno... przeszkadzać... panience... - dyszała.
Dość śmieszny widok. Mi udało powstrzymać się niestosowny śmiech, niestety Mello nikt nie nauczył jakichkolwiek norm społecznych i chłopak wybuchnął niepohamowanym rechotem (nie ukrywam, najładniejszego śmiechu to od nie ma).
-Mello! Nie wolno się śmiać z innych! - zbeształam go.
Chłopiec natychmiast przestał się śmiać, a jego oczy wypełniły się łzami. Niania rzuciła mu zalęknione spojrzenie i rozpoczęło się kolejne przedstawienie, które Mello urządzał kilka razy dziennie, codziennie, przez kilka ostatnich dni.
-Misia... Misia jeśt na mnie śła? - wydukał, szlochając. - Misia jeśt śła!
-No już - mruknęłam niechętnie. - Uspokój się. Nie jestem.
-Misia nie bąć na mnie śła!
W takich chwilach działało na niego tylko jedno. Trzeba było go przytulić i zapewnić, że jest najwspanialszym dzieckiem na świecie (chociaż już dawno nie jest taki mały. Jest dużo starszy ode mnie!). Podstępny szantażysta.
-Braciszek cię woła – powiedział w końcu, gdy udało mi się go uspokoić.
-Ach tak? Czego chce?
-Noo… - Mello zmarszczył brwi. – Tego nie usłyszałem, ale… zaraz tu przyjdzie ten dziwny pan i ci powie.
-W takim razie ty już lepiej idź z nianią do siebie, dobrze? Będzie źle jeśli się wyda, że podsłuchiwałeś – chłopiec pokiwał z powagą głową i podbiegł do opiekunki, złapał ją za rękę i szybko wyciągnął z pokoju.
Dziwny pan… nie za wiele mi to pomogło, tutaj nikt nie jest normalny! Choć personelu też nie ma tu za dużo. Niania, Light, ten chłopak, którego imienia ciągle zapominam i pomoc domowa. W sumie cztery osoby. Kobiety odpadają. Tamtego chłopaka praktycznie nie widuję... Lighta też nie. Unika mnie jak się da. Czyżby było mu wstyd za to co zrobił?
Wstałam, gdy usłyszałam kroki po drugiej stronie drzwi.
-Mogę wejść? – usłyszałam nieznany głos.
-Tak – mruknęłam pod nosem, wiedząc, że i tak usłyszy. Z jakiegoś powodu tutaj wszyscy mają super czuły słuch.
To co zobaczyłam, nie do końca pokrywało się z tym co chciałam zobaczyć. Wysoki, blady mężczyzna, z burzą czarnych loków na głowie (sięgały mu do szyi). Wąsik na francuską modłę i brzydkie okulary z grubymi szkłami. I nie zapominajmy o garniturze. Elegancki, czarny frak, śnieżnobiała koszula, mucha i wypolerowane buty.
Szybko odwróciłam od niego wzrok, by nie wybuchnąć śmiechem. Wszyscy, włączając w to służbę, zawsze byli ubrani w normalne, codzienne ubrania. Nic ich nie wyróżniało spośród domowników. (Może oprócz niani Mello. Ona zawsze była czerwona i zdyszana.) A ten tutaj… zupełnie jakby się urwał z jakiejś niebywale eleganckiej restauracji.
-Pan Ladislaus oczekuje panienki w swoich pokojach – zaskrzeczał nisko.
-Dobrze, zaraz do niego pójdę – mruknęłam, wciąż nie patrząc na mojego rozmówcę.
-Sprawa dotyczy dawno niewidzianej twarzy – kontynuował. – To spotkanie będzie jak… powrót po latach do wszystkiego co najlepsze w życiu.
-Dobrze. Zaraz pójdę – powtórzyłam, podchodząc do szafy.
-Chodzi o to, że… - chciał tłumaczyć dalej jak wspaniałe będzie to spotkanie, ale miałam go już dość. Naprawdę, żeby tak wyglądać i mieć do tego tak okropny głos…
-Zaraz pójdę do Ladslausa! – uniosłam się. – A ty możesz już wyjść!
Co to życie ze mną robi? Rok temu w życiu nie krzyknęłabym na kogoś. Zwłaszcza, gdy owy ktoś zwraca się do mnie per „pani”.
-Oczywiście, panienko. - niezadowolony zacmokał i wyszedł.
Gdy tylko jego kroki ucichły na korytarzu, skierowałam się w stronę drzwi, delikatnie je uchyliłam i rozejrzałam się. Pusto. Można spokojnie wyjść.
Pokój Lada znajduje się na drugim końcu domu, więc za każdym razem, gdy do niego idę, muszę się porządnie zmęczyć. Jogging z głowy.
Gdy już stałam przed drzwiami do pokoju Ladislausa, do głowy przyszło mi pytanie, które powinnam sobie zadać dużo wcześniej: Czego on ode mnie chce?

Ladislaus chciał się podzielić ze mną, Lily i Kate swoim wspaniałym planem. Lily nie wyglądała na przekonaną, ale Kate niemal skakała z radości. Jej oprawca, po latach, miał zostać ukarany. Na jej miejscu też bym się cieszyła.
-A ty, Misa? Co o tym sądzisz? – spytał, gdy dziewczyny wyraziły wszystkie swoje za i niemal przeciw.
-Dla mnie brzmi ok. – wzruszyłam ramionami. Nigdy nie miałam głowy do planowania takich rzeczy.
I w ten sposób plan został zatwierdzony i wprowadzony w życie. Jego realizacja miała rozpocząć się za tydzień - 15 września.
Przez ten tydzień, śmieszny służący we fraku nachodził mnie co najmniej kilkadziesiąt razy. W ciągu jednej z jego wizyt, gdy teatralnym gestem zdjął okulary, uświadomiłam sobie, że przypomina mi Roberta. Włosy, oczy, cera, wzrost, a nawet ten dziwaczny głos – to wszystko miało w sobie coś z Haldera. Łatwo zgadnąć, że od tamtej pory żadna z jego wizyt nie przyprawiała mnie o śmiech a o płacz. Ale przynajmniej udawał, że tego nie widzi.
Mello też często do mnie wpadał. Jego napady płaczu zdarzały się coraz rzadziej, raz czy dwa mogłam z nim nawet normalnie porozmawiać. Kate z kolei nie widywałam w ogóle. Razem z Ladislausem zajmowała się przygotowaniami „wielkiej zemsty”. Lily cały czas spędzała w swoim pokoju. Lighta też nigdzie nie było. W sumie to Mello i służący we fraku byli moim jedynym towarzystwem.
-Jak się czujesz z tym wszystkim? – spytał któregoś dnia. – Cała ta zemsta… wierzysz w to?
-Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Lad, Lily i Kate są moją rodziną. Rodzina trzyma się razem.
-Czyli chcesz tej zemsty ze względu na nich? – dociekał tym swoim skrzeczącym głosem.
-Nie to nie tak. Colen zasłużył na to co dostanie – mruknęłam.
Nigdy jednak nie podzieliłam się z nim swoimi wątpliwościami. Gdzie jest Mike? Co się z nim stało? Dlaczego tylko Colen miał być ukarany? Co się stało z jego bratem? Umarł? Czy żyje? Skoro Colen tak bardzo skrzywdził Kate, to dlaczego Lily nie jest zadowolona, choćby ze szczęścia siostry? Dlaczego wszystko co zrobił Ladislaus poszło w niepamięć po jednej, wzruszającej rozmowie, która przecież nie wyjaśniła tak dużo? Żadna miłość nie może być aż tak bezwarunkowa.
-Więc co cię martwi?
Nie odpowiedziałam. Kolejny raz wzruszyłam ramionami i zapatrzyłam się w okno. Co mnie martwiło? Teresa. Umarła dla mnie. A ja koniec końców sprzymierzyłam się z tym, przed czym ona próbowała mnie ochronić. Zrobiłam jej największe świństwo - pozwoliłam by umarła na próżno.
















BAM BAM BAM! Jeszcze tylko jeden rozdział do końca :/ jest już napisany, wstawię go w piątek i żegnam się z historią Misy :/
+ pytanie: chcecie żebym wstawiła tu opowiadanie „Śmierć za życia” z mojego poprzedniego bloga?
Miłego ostatniego dnia wakacji :D

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 20 "To nasz koniec"

Gdy otworzyłam oczy leżałam na dużym, wygodnym łóżku przykryta czerwoną kołdrą. Przetarłam twarz i podniosłam się do siadu. Przez szpary w żaluzjach wpadały pierwsze promienie słońca.
Skąd się tu wzięłam? Ostatnie co pamiętam to przyjście Lighta i Alexa… nie. Lecieliśmy samolotem… rozmawiałam z Lightem… zasnęłam. Nie chciałam iść spać, nie chciałam być spokojna, ale coś uniemożliwiło mi inne reakcje. Pewnie coś mi wstrzyknęli. W tej chwili to nieważne. Najprawdopodobniej jestem w domu Ladislausa. Kate i Lily pewnie też gdzieś tu są. 
Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Light.
-Dwanaście godzin – uśmiechnął się. – Punktualnie co do minuty.
Nie mam zielonego pojęcia o czym on pieprzy.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć – kontynuował, nie zwracając uwagi na mój brak reakcji.
-Gdzie jest Lily i Kate? – to było jedyne co przyszło mi do głowy.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislausem.
-To nie jest odpowiedź na moje pytanie – wytknęłam mu.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislusem – powtórzył.
-Gdzie jest Lily i Kate? – przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał jak zawsze. Nie różnił się absolutnie niczym. Nawet… jego ubrania były tymi, które miał na sobie przy naszym pierwszym spotkaniu.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Gdzie on jest?
-Czeka na ciebie.
-Dlaczego? – w mojej głowie rozdzwonił się alarm. To nie było normalne. Zachowywał się jak maszyna.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Dlaczego? – z nerwów zaczęło robić mi się niedobrze.
-On… - zaczął niepewnie. – On… chce… - urwał. – Czeka na ciebie – dokończył bezbarwnym tonem, a ja jęknęłam z frustracji.
Co miałam zrobić w takiej sytuacji? Wygrzebałam się z pościeli i opuściłam pokój w towarzystwie Light’a.
Z mijanych pomieszczeń rozpoznałam jedynie jedno - pokój, w którym umarła Teresa. Drzwi, jakby specjalnie, były rozwarte na oścież. Na łóżku leżała ta sama pościel. Różne, z pozoru niegroźne przedmioty, wciąż leżały porozrzucane na podłodze. Nawet krew... nadal barwiła podłogę. Zaschnęła i pociemniała, ale z pewnością była tą samą krwią.
-Misa, musimy się śpieszyć - ponaglił mnie Light. Dopiero jego głos uświadomił mi, że się zatrzymałam. Szybko odwróciłam głowę od ponurego widoku i przyśpieszyłam. Nie chciałam widzieć miejsca, w którym zaszła we mnie nieodwracalna zmiana. Miejsca, w którym zabiłam.
W końcu blondyn wprowadził mnie do ogromnego salonu. Sufit ginął w ciemnościach, a pomieszczenie było oświetlone jedynie buchającymi z kominka płomieniami. Naprzeciwko stały duże fotele, sponad których wystawały jedynie czubki głów. Light podszedł do osoby siedzącej najdalej od ognia, ukłonił się, a następnie odszedł w róg salonu i stopił się z cieniem.
Niepewnie podeszłam bliżej kominka.
-Dobrze cię znowu widzieć, Misa - stwierdził znajomy głos. Zdębiałam. Ladislaus. On żyje. Chociaż wiedziałam o tym wcześniej, dopiero teraz, znajdując się tak blisko niego, mogłam poczuć pełen strach płynący z tego faktu.
-Usiądź - posłusznie wykonałam polecenia.- Cieszę się, że jesteś w tak dobrym stanie, zważywszy na to, że Colen szuka cię po całym świecie.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo raczej "dzięki, też się cieszę, że jednak cię nie zabiłam" nie jest najlepszą opcją. Na szczęście w tym momencie do pokoju ponownie ktoś wszedł, więc byłam, chociaż na chwilę, uwolniona od odpowiedzi.
-Ach, a oto i moje drogie siostrzyczki! - zawołał Ladislaus i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Odwróciłam się.Za nami stały Lily i Kate, Obie dziewczyny patrzyły na Ladislausa jak na przybysza z obcej planety.
-Lad... - powiedziała cicho Kate, jak gdyby chciała się upewnić, że to on.
-Oczywiście, że ja! A któż by inny?!
W tym momencie w oczach Lily zalśniły łzy. Nie zwracając na nikogo uwagi podbiegła do mężczyzny i z całej siły go przytuliła.
-Też cię cieszę, że was widzę - mruknął Ladislaus i odwzajemnił uścisk. Zupełnie jakby był inną osobą. Jak gdyby był zwykłym chłopakiem, który stęsknił się za rodziną.
-O co w tym wszystkim chodzi, Lad? - spytała Kate niepewnie. Cała jej siła, którą tak podziwiałam gdzieś zniknęła. Co jest zrozumiałe. Wszyscy, jakby na to nie patrzeć, jesteśmy rodziną. Kate nie musi nikogo bronić. Nie ma jak.
-Mógłbym zadać wam dokładnie to samo pytanie - Ladislaus odsunął się od Kate. - O co w tym wszystkim chodzi?
-Żartujesz sobie? To ty nas tu ściągnąłeś! To twoi ludzie nafaszerowali nas czymś po drodze! - w jej oczach pojawił się znajomy błysk.
-Zło konieczne - wzruszył ramionami.
-Ty sobie kpisz?! Zło konieczne? Więc tak to się teraz nazywa?! - w tej chwili dla tej dwójki nie istniał świat zewnętrzny. Byli tylko oni i ich kłótnia.
-Tak, ja... - urwał.- Nie sprowadziłem was tutaj by się kłócić.
-Sprowadzić to ty sobie możesz ryż z Japonii! - warknęła Kate. 
Nagle Lily złapała Ladislausa za rękę i pociągnęła w stronę Kate. Ją też złapała za rękę.
-Nie kłóćcie się - poprosiła cicho. 
-Kate, ja,.. chcę wyjaśnić całą tę sprawę. Moje przyrzeczenie i... całą resztę - mruknął Ladislaus.
-W takim razie słucham.
Nie mam pojęcie co Lily im zrobiła, ale poskutkowało. Cudotwórczyni.
-Usiądźmy - westchnął Ladislaus. - To nie będzie krótka historia.
Po raz pierwszy zobaczyłam w nim to wszystko co przeżył. Zmęczony głos, zmartwiony wyraz twarzy... nawet się przygarbił - to była zupełnie inna strona Ladislausa, niż ta, którą miałam przykrość poznać.
-Ten jeden raz Colen przekroczył granicę. Przez te wszystkie lata nie ingerowałem w to co robi, nie ukarałem go tak jak jego brata, a to wszystko przez sympatię jaką do niego żywiłem. Wybacz mi Kate - spojrzał na dziewczynę. - Powinienem skręcić mu kark setki lat temu.
-Tak - zgodziła się z nim sucho - powinieneś.
-Tamtego dnia, gdy wróciłem do domu, a was nie było - pokręcił głową. Myślałem, że umrę. Nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałyście mi odebrane. Przysiągłem was chronić i zawiodłem - z jego gardła wydobył się szloch. - Nie pomściłem was! Jedyne co mogłem zrobić to dopełnienie przyrzeczenia.
-Jakiego przyrzeczenia? - oczy Lily rozszerzyły się ze strachu.
-Przyrzekłem was chronić. Byłem gotów zapłacić każdą cenę byście żyły. Nawet jeśli oznaczało to, że znienawidzicie mnie na resztę życia.
-Lad, coś ty zrobił?
-W zamian za nasze życia, przez te wszystkie lata zabijałem wszystkich potomków naszej rodziny. By utrzymać równowagę. Krew za krew. Życie za życie - mówił coraz ciszej.
-Dlatego mnie porwałeś? Chciałeś.. chcesz... mnie zabić? - spytałam.
To miało sens. Moje życie w zamian za ich przetrwanie.
-Chciałem póki nie spotkałem cię osobiście. Jesteś jedną z ostatnich, Misa - wyjaśnił. - Teoretycznie rzecz biorąc zabicie cię jest całkiem logiczne - powinnam uciekać już czy zaraz? - Przez cały czas, gdy cię obserwowałem, czułem, że jest coś z tobą nie tak.
-Dzięki - mruknęłam, na co on delikatnie się uśmiechnął.
-Jednak dopiero w Japonii zrozumiałem co. Jesteś anomalią, Misa.
-To, że różni się od innych nie znaczy od razu, że możesz ją nazywać anomalią! - oburzyła się Lily. Ok, tryb matczyny jej się włączył.
-Lily, strasznie matkujesz Misie. Nie zastanawiałaś się dlaczego? - Ladislaus spojrzał na mnie sugestywnie.
-Jest moją potomkinią! I wcale  jej nie matkuję. Po prostu się martwię! - odpowiedziała wzburzona.
-Wiem. Sęk w tym, że... jest też moją spadkobierczynią - oczy dziewczyn rozszerzyły się.
Czy tylko ja nie za bardzo rozumiem o co tu chodzi?
-Dokładnie. Misa, wbrew pozorom, jest ostatnia.
-Dobra, koniec tego! - wkurzyłam się. - Można trochę jaśniej?
-Misa, pochodzi w linii prostej od Lily i Lada. Każde z twoich rodziców było naszym potomkiem - wyjaśniła Kate. - A to oznacza, że ty jesteś ostatnia.
-Niby dlaczego? - zdziwiłam się. - Póki co wiem z tego tyle, że moi rodzice byli ze sobą spokrewnieni... fuj!
-Przysięga, którą złożyłem była wiążąca - powiedział Ladislaus. - Musiałem ją wypełnić za wszelką cenę. Inaczej żadne z nas nigdy nie zaznało by spokoju. Nasza nieśmiertelność to wynik układu, który zawarłem by dopełnić przysięgi. Przez to, że pochodzisz od dwójki z nas jesteś... hmm... - podrapał się po karku. - Jakby to delikatnie powiedzieć...
-Bezpłodna - wtrąciła Kate.
-Wiem, że jestem bezpłodna - mruknęłam.
Gdy w wieku czternastu lat nie dostałam miesiączki mama poszła ze mną do ginekologa. I wyszło szydło z worka...
-Skoro nie możesz mieć dzieci i jesteś ostatnią... nie ma sensu cię zabijać. To nasz koniec - dokończył Ladislaus, a ja czułam jak ulatuje ze mnie całe powietrze.




Po kolejnej długiej przerwie - nowy rozdział. Od razu mówię/piszę, że to tylko przez wakacje. Żadnych kryzysów twórczych!
Po za tym powoli zbliżamy się do końca opowiadania! 
I ostatnia sprawa: by łatwiej było szukać rozdziałów zrobiłam spis treści. To tyle (^.^)
Do następnego rozdziału!

PS. Niedługo szkoła (tak wiem, odkrywcza jestem xd) Cieszycie się?

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 19 "On żyje!"

Wróciłam yaay! I mam coś do ogłoszenia: założyłam wattpada. Nie publikuję tam "Żyć za wszelką cenę" tylko "Śmierć za życia" (opowiadanie z poprzedniego bloga) i "Zaułek" - ff anime "Kuroko no Basuke". Link do mojego profilu:  https://www.wattpad.com/user/ANataria

Ok, skoro już wszyscy wszystko wiedzą to zapraszam na rozdział dziewiętnasty! :D


Panikę jaką wzbudziła nieobecność Mike'a można porównać do strachu przed tsunami. Lily wyglądała jakby miała zemdleć, a Kate planowała poszukiwania. Zniknięcie prezydenta nie wywołało by w nich takich emocji.
W końcu Kate wyjęła telefon i zadzwoniła po Guntera. Był zdziwiony, że już chcemy wracać, ale o nic nie pytał. Gdy byłyśmy w drodze powrotnej Kate ponownie przyłożyła telefon do ucha. Słyszałam jak ktoś po drugiej stronie mówi, ale nie mogłam rozróżnić słów. Po jakiejś minucie oczy Kate się rozszerzyły i drżącą ręką podała mi telefon. Posłałam jej zdezorientowane spojrzenie i przyłożyłam telefon do ucha. Takie zachowanie nie pasowało do Kate. To Lily była panikarą.
-Halo?
-Witaj, Misa - zdębiałam. Głos po drugiej stronie słuchawki... nie chciałam go słyszeć. Nie chciałam go słyszeć nigdy więcej.
-Ladislaus? - jęknęłam.
-Myślałem, że dla ciebie Stokrotka - zaśmiał się nieprzyjemnie.
-Czego chcesz?
-Jak to czego? Stęskniłem się! Jesteś w końcu moją ulubioną bratanicą! - nie odezwałam się. Nie wiedziałam co powiedzieć. - Dlaczego ucichłaś? Kiedy usiłowałaś mnie zabić nie byłaś cicho - ktoś jęknął po drugiej stronie. - Słyszałaś? To wasz drogi przyjaciel, Mike. Całkiem miły z niego gość - nagle ton głosu Ladislausa się zmienił. Rozbawienie gdzieś zniknęło. -Co ty na to żebyście do nas dołączyły, hmm? To będzie niemal jak zjazd rodzinny! 
Rozłączył się.
-Jesteśmy na miejscu - oznajmił Gunter. 
Szybko wysiadłyśmy z samochodu i ruszyłyśmy do domu. Po raz pierwszy Lily nie patrzyła na Guntera dłużej niż było trzeba. 
-Czego chciał? - zapytała Kate, gdy tylko przekroczyłyśmy próg domu.
-On... zaprasza nas do siebie.
-W ogóle jak to możliwe? Przecież on nie żyje! - Lily pokręciła głową. 
I tu muszę się z nią zgodzić. Zabiłam Ladislausa. On nie ma prawa żyć. 
-Najwyraźniej, nasz drogi brat nie był wystarczająco martwy - Kate założyła ręce na piersi. - Gdzie on tak właściwie jest?
Zerknęłam a wyświetlacz telefonu. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale GPS był włączony.
-Ladislaus jest w... Moskwie - stwierdziłam zdziwiona.
-A co on tam znowu robi? - mruknęła z niezadowoleniem Kate. Nikt jej nie odpowiedział. - Na co czekacie? Pakujcie się. Idę zamówić bilety.
Ehh, żegnaj spokojne licealne życie. Nawet nie miałam okazji do ciebie wrócić.

Po godzinie każda z nas miała zapakowane najpotrzebniejsze rzeczy w torbie podróżnej. Miałyśmy wychodzić z domu, gdy nieoczekiwanie pojawił się Light i ten chłopak, który kręcił się koło Lily. Żaden z nich nie wydawał się być zaskoczony torbami w przedpokoju.
-Wybaczcie chłopaki, ale dziewczyny nie mogą się z wami spotkać - powiedziała na wstępie Kate, stojąca najbliżej drzwi. - Sprawy rodzinne, rozumiecie...
-Oczywiście, że rozumiemy - powiedział Alex, uśmiechając się promiennie.
-Przyszliśmy właśnie w tej sprawie - dodał Light.
Kate zmrużyła oczy. 
-Pan Ladislaus, kazał się nam wami opiekować. By Colen was nie znalazł. - wyjaśnił Alex. Zdębiałam.
-A teraz mamy was do niego sprowadzić.
Potem była tylko ciemność.
Obudziłam się w samolocie. Obok mnie siedział Light. Nigdzie nie widziałam Lily i Kate.
-Cześć - Light wyszczerzył zęby. 
-Co ja tu robię? - jęknęłam.
-Lecisz do pana Ladislausa.
-Kim ty tak w ogóle jesteś, co? Bo raczej nie kolegą przypadkowo zapoznanym na imprezie - usiadłam wygodniej i wbiłam w niego spojrzenie.
-Nie - zrobił skruszoną minę. - I nic mi wtedy nie powiedziałaś. Szczerze mówiąc, na tej imprezie nie spotkaliśmy się w ogóle. 
-Więc zmyśliłeś to wszystko? - upewniłam się.
-Tak.
Powinnam być teraz co najmniej wkurzona, ale... byłam dziwnie spokojna. Co nasuwało kolejne pytania.
-Co mi daliście?
-Hę?
-Czym mnie naszprycowaliście?
-Pan Ladislaus kazał ci to dać, w innym wypadku...
-Nie byłabym taka spokojna - dokończyłam za niego.
-I mogłabyś używać swoich zdolności - dodał niepewnie.
-Aha. A gdzie są Lily i Kate?
To wszystko wyjaśnia. Gdybym mogła się cofać w czasie nigdy by nas nie dorwali. Nie żebym miała to robić. I tak miałyśmy zamiar odwiedzić Ladislausa. Co jest głupotą. Ale nie zostawia się przyjaciół (lub jedynych ludzi, z którymi można być szczerym, jak kto woli) na pastwę psychopaty.
-W innych przedziałach. Nie martw się, gdy wylądujemy dołączysz do nich.
Nie martwiłam się. Nie byłam w stanie się do tego zmusić.
-Ale teraz śpij. Obudzę cię, gdy będziemy na miejscu.
W sumie, czemu nie? Nic nie stoi na przeszkodzie... nic się nie dzieje...

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 18 "W rodzinnej atmosferze"

O dziwo, wciąż żyję. Kate, Lily i Mike zachowywali się jak żywe trupy, gdy wróciłam do domu. Jedyną reakcją na "nowinę" było stwierdzenie, że "później chętnie go poznają". A potem wszyscy poszliśmy spać. Ot, cała historia.
Odkręcanie wszystkiego zaczęło się dopiero w poniedziałek. 
-Co dokładnie mu powiedziałaś? - spytała po raz setny Kate.
-Wiem jedynie, że zna nasze prawdziwe imiona. A przynajmniej Lily - rzuciłam szybkie spojrzenie na siedzącą obok mnie dziewczynę. 
-Nie możesz stwierdzić z całą pewnością, że to jedyne co wie?
-Nie mogę! - jęknęłam. - I już nic z tym nie zrobię!
-Już, spokojnie - Lily zmierzyła Kate złym spojrzeniem i pogłaskała mnie po głowie.
Naprawdę zachowuje się jak moja matka. Strzepnęłam jej rękę i wstałam.
-Dowiem się co jeszcze wie. Zaprzyjaźnię się z nim. Upewnię, że nikomu nie powie - stwierdziłam.
-Na to liczę - odpowiedziała Kate, przecierając oczy. - Spotkasz się z nim jutro. A w środę zaczniesz chodzić do szkoły. Natomiast dzisiaj pojedziemy do fryzjera, kosmetyczki i gdzie tam jeszcze będzie trzeba. Lily nie może utrzymywać tej iluzji przez wieczności.
-Mhm - mruknęłam.
Ponieważ żadne z nas nie ma samochodu, Kate wezwała Guntera. Tym razem też był ubrany jedynie w czerń. (Zaczynam podejrzewać, że nie posiada nic innego w szafie.) Wszyscy wsiedliśmy i ruszyliśmy do Waszyngtonu. Może tym razem uda mi się coś zwiedzić?
-Lizzy - zwróciłam się do Lily - a jak tam w ogóle ten twój boy, hmm? Jak mu tam było...
-Alex- uśmiechnęła się. - Bawiliśmy się świetnie. Nie masz pojęcia jak on tańczy... - rozmarzyła się.
-Czekaj - wtrąciła się Kate. - Chcesz powiedzieć, że przez cały wieczór tylko tańczyliście?
-I trochę wypiliśmy. Ale bez obaw film mi się nie urwał - zapewniła z uśmiechem.
Kate spojrzała na nią zdegustowana.
-Czy to oznacza, że wy,,, 
-Nie - Lily pokręciła przeczącą głową. - Ale zaprosił mnie na randkę.
Kate jęknęła.
-Zakochała się - mruknęła niezadowolona.
-Co o nim wiesz? - spytałam rzeczowo.
-Jak to co? 
-Jak ma na imię?
-Alex.
-Nazwisko?
-Em...
-Ile ma lat? Chodzi do szkoły? Pracuje? Ma jakieś hobby? - obie dziewczyny patrzyły na mnie jak na przybysza z kosmosu. - No co? Jak można kochać kogoś kogo się nie zna?
-To miłość od pierwszego wejrzenia - zaperzyła się Lily. - Nie miałam jeszcze okazji by...
-Poznać tę swoją miłość? - weszła jej w słowo Kate.
-Czego się czepiacie! To wielka miłość! - szła w zaparte Lily.
-Mówisz jak księżniczka z bajki. Alex może być równie dobrze gwałcicielem, ale ty..
-Jesteśmy na miejscu - przerwał nam Gunter.
Wysiadłyśmy z samochodu i razem z Kate gapiłyśmy się na Lily, która rozczulonym spojrzeniem odprowadzała Guntera do najbliższego zakrętu. Kiedy samochód mężczyzny zniknął z pola widzenia dziewczyna wróciła do tematu:
-Wcale nie mówię jak księżniczka z bajki! Ja tylko...
-Kocham go nad życie - weszła jej w słowo Kate.
-Właśnie! A to zupełnie co innego!
-Jasne - Kate przekręciła oczami. - Dobra, chodźcie do tego fryzjera, czy gdzie tam mamy iść.


Umieram. Byłam u kosmetyczki, fryzjera i w tysiącach sklepów. Ja już nie chcę! Zerknęłam na zzipaną Kate. Ona chyba też ma dość...
-Lily, wystarczy! - jęknęłam.
-Jeszcze tylko... - zaczęła, ale Kate weszła jej w słowo:
-Misa ma rację. Jeśli chcesz łazić po sklepach, proszę bardzo. Nas znajdziesz tam - wskazała kafejkę parę metrów od nas. 
-Niech wam będzie. Wracam za chwilkę! - i już jej nie było, a my ślimaczym tempem ruszyłyśmy w stronę budynku.
Zajęłyśmy stolik w kącie i złożyłyśmy zamówienia. Ale co najwspanialsze - usiadłyśmy. A moje nogi krzyczały o to już kilka godzin.
-Skoro mamy teraz chwilę spokoju - zaczęłam. - To powiedz mi, czemu Lily tak dziwnie reaguje na Guntera, co?
-Ehh... sam Gunter nie ma z tym nic wspólnego. Może tyle, że wygląda jak jego dziadek, którego Lily "szczerze" - tu Kate pokazała cudzysłów - kochała. Mieli krótki romans, potem utrzymywali kontakt listowny. Nigdy więcej się nie spotkali - wzięła głęboki wdech. - Oczywiście głównie dlatego, że jesteśmy nieśmiertelne. Ale Lil dbała o nich przez te wszystkie lata. Teraz wreszcie ma okazję poznać swojego syna i wnuka. Wobec ciebie zachowuje się dokładnie tak samo. Zresztą, nie trudno zauważyć, że bardzo troszczy się o rodzinę.
-Tak, ale... Lily ma dziecko?! - tego się nie spodziewałam.
-Niejedno. Jest bardzo kochliwa i co drugi facet jest jej "prawdziwą miłością" - zniesmaczona mina Kate dobitnie pokazywała co ona o tym sądzi.
Do stolika podszedł kelner i podał nam nasze zamówienia - po czekoladowym capucchino i kawałku szarlotki. Chwilę po nim dołączyła do nas Lily.
-Kupiłam śliczne kolczyki! - pomachała najmniejszą torebką. - A wy laski? O czym gadałyście?
Zakupy bardzo podwyższyły jej humor.
-O tobie - powiedziała jak gdyby nigdy nic Kate,
-Doszłyście do jakichś wniosków?
-Tylko do jednego: cieszymy się, że cię mamy w rodzinie. Bez ciebie było by zbyt nudno - Kate poczochrała jej włosy. Widok komiczny.
Ale z jednym nie mogę się nie zgodzić. Dobrze mieć Lily w rodzinie. I Kate też. Bo są jedynym co w tej chwili mam... 
-Dziewczyny - olśniło mnie - nie chcę niszczyć pięknych chwil, ale... gdzie jest Mike?
Kate zaczęła przeklinać pod nosem, a Lily panicznie się rozglądać.
To chyba koniec rodzinnej atmosfery.

Hej :D w przyszłym tygodniu nie pojawi się nowy rozdział. Wyjeżdżam i nie będę miała możliwości go napisać. 
Do następnego!

piątek, 10 lipca 2015

Rozdział 17 "Sekret Białego Domu, impreza i Light"

Ok, mówiłam, że to będzie długa noc? Myliłam się. Noc się kiedyś kończy. A to co wyprawiali Mike i Kate trwało i trwało... ale mniejsza. Grunt, że się skończyło. Co prawda teraz są na siebie śmiertelnie obrażeni, a biedna Lily chodzi od jednego do drugiego i próbuje się dowiedzieć co się stało. Komiczny widok dla osoby postronnej.
Niestety zarówno Kate jak i Mike musieli zaprzestać swoich fochów, by zjednoczyć siły w przekonaniu Lily, że impreza to nie jest najlepszy pomysł. Przynajmniej póki nikogo tu nie znamy. Po cichu się z nimi zgadzam, ale oficjalnie trzymam stronę Lily. Przyszła do mnie, wlepiła te swoje ślepia i zaczęła skomleć o wsparcie. A ja, mięczak pospolity, się zgodziłam.
Nie macie pojęcia jak tego żałuję. Bycie zmuszoną do latania razem z nią od Kate do Mike'a i z powrotem, by zechcieli łaskawie ruszyć tyłki z kanapy i iść się pobawić nie jest najprzyjemniejszym zajęciem. Nie wiem dlaczego Lily tak usilnie na tym zależy, ale nie mój problem. "Ja tu tylko sprzątam" czy coś.
-Kate, proszę Cię... - jęknęła po raz tysięczny Lily.
-Nie - stwierdziła dziewczyna stanowczo. - Nie mam zamiaru iść na imprezę do obcych ludzi. Lily, na Boga, ja ich nie znam!
-Ja też - Lily wzruszyła ramionami. - I w niczym mi to nie przeszkadza.
-Kate, czy przez ciebie nie przemawia staroświeckie wychowanie? - wtrąciłam.
-Słucham?
-Wychowywałyście się w czasach, gdy do wszystkiego podchodzono inaczej - wyjaśniłam. - Lily najwidoczniej dawno o tym zapomniała, ale ty... niekoniecznie.
-Sugerujesz, że jestem staroświecka? - Kate zmrużyła oczy, a Lily popatrzyła na mnie z obawą.
-Nie aż tak bardzo.. - zaczęłam, ale starsza z sióstr mi przerwała:
-Bawiłam się na imprezach, które trwały kilka dni, piję na umór i tańczę tak jak żadna nie potrafi!
-Więc udowodnij - uśmiechnęłam się wyzywająco. - Pójdź na imprezę i udowodnij, że potrafisz się bawić!
-Niech będzie!
Nie podejrzewałam, że Kate tak łatwo da się podejść.
 Z Mike'iem poszło jeszcze lepiej. Nie wiem co dokładnie powiedziała mu Lily, bo wszystko działo się za zamkniętymi drzwiami, ale oboje potem mieli miny jak gdyby poznali wszystkie sekrety Białego Domu. Nie wnikam.

Wszystko skończyło się tym, że stoję przed swoją niemal pustą szafką i za cholerę  nie wiem w co się ubrać. Na wczorajszych zakupach z Lily też nie kupiłam nic nowego. Nie mam innego wyjścia jak pójść w jeansach, podkoszulce i adidasach.
Przebrałam się i wyszłam z pokoju. No korytarzu stały Kate i Lily. Żadna z nich nie ubrała się w nic imponującego. Tak jak ja nie myślały by wziąć ze sobą jakieś ładniejsze ciuchy. Impreza to świetny pomysł, prawda?
-Wreszcie! - zawołała Kate na mój widok. - Tyle tam siedziałaś, że myślałam już, że masz całą garderobę!
-Jasne - sarknęłam. - Jestem Hermiona Granger i potrafię schować do torebki całe centrum handlowe.
-Hę? - dziewczyny spojrzały na mnie zdumione. 
-Kim jest Hermiona Granger? - spytała Lily.
-To co mówisz jest niemożliwe - dodała Kate.
-Eeeh? Ale to... nieważne - mruknęłam zniechęcona.
Jak można nie znać "Harry'ego Pottera"?! Przecież każdy, jeśli nie czytał, to chociaż oglądał... każdy!
-To jak dziewczynki? Gotowe na pląsy? - między nami zmaterializował się Mike. 
"Pląsy"? Nie ma co słownictwo na miarę XXI wieku. 
-Jasne! - jak widać Lily była bardzo podekscytowana.  Tak ją cieszy to randka?
  W końcu zjawił się Alex, (który też był ubrany normalnie) i wszyscy na hura ruszyliśmy do jego kumpla, którego imienia nie pamiętam. 

Słońce świeci, leżę sobie na trawce... auu, moja głowa! Otworzyłam i z prędkością światła zamknęłam oczy. Wcześniej wspomniane słonko mnie oślepiło. Chwila, zaraz, stop. Co ja robię na ziemi?! 
Ponownie zmusiłam się do otwarcia oczu, tym razem nie kierując spojrzenia w niebo. Znajdowałam się na jakimś sporym trawniku. Zresztą, nie jedyna. Niedaleko stał ogromny dom. Okna były pootwierane. W jednym ktoś stał i chyba... palił papierosa. Nie jestem pewna kto, jakaś dziewczyna. 
Z jęknięciem podniosłam się i przyjrzałam innym śpiącym. Niektórzy, tak jak ja, powoli wstawali i próbowali się zorientować w sytuacji, inni nadal spali jak zabici. Ze zdziwieniem zauważyłam, że niektórzy pogubili różne części garderoby. Szybko zlustrowałam się wzrokiem. Wszystkie ubrania są. Uff.
Czas na rekonstrukcję wydarzeń. Z Mike'iem, Kate i Lily przyjechaliśmy na imprezę kumpla Alexa. Każdy poszedł w swoją stronę - Kate po alkohol, Mike potańczyć z jakąś dziewczyną, którą wyrwał na wejściu (była już nieźle wstawiona, to wyjaśnia fakt, dlaczego się zgodziła), a Lily zaszyła się gdzieś z Alexem. Potem wmieszałam się w tłum i... ciemność. Wiem, że trochę piłam i tańczyłam. Ale tylko trochę! Nie tak żeby od razu taśma się urywała! Na pewno nie! 
I gdzie tak w ogóle są Kate, Lily i Mike? 
-Evelyn? - rozejrzałam się.
W moją stronę zmierzał jakiś blondyn. Azjata (istnieją Azjaci z blond włosami?). Był ode mnie odrobinę wyższy, miał niebieskie oczy i był bardzo schludnie ubrany. Zapięta pod szyję koszula, krawacik, ciemne spodnie.  Wyglądał nienaturalnie wśród tych wszystkich ludzi pogrążonych w pijackim śnie. 
Nie jesteś od nich lepsza.- nienawidzę mojej podświadomości.
-Tak? - starała się uśmiechnął, ale ból głowy był nie do zniesienia, przez co wyszedł mi raczej grymas niż uśmiech.
-Jestem Light, pamiętasz mnie? - zatrzymał się pół metra ode mnie. Za blisko. Zdecydowanie zbyt blisko.
-Możemy utrzymywać, że tak? - wysiliłam się na uśmiech.
-W zeszłym tygodniu zacząłem chodzi tu do liceum, ty zaczniesz jutro. Ja ledwo znam tych ludzi, ty nie znasz w ogóle. Więc spędziliśmy sporo czasu gadając o bzdetach - wyjaśnił.
-Wybacz, ale nic nie pamiętam - pokręciłam bezradnie głową, przez co zaczęłam słyszeć wyraźnie dzwon kościelny.
-Domyślam się - uśmiechnął się z sympatią.
-Hę? Dlaczego? - skrzywiłam się. Ten dzwon wcale nie jest fajny. 
-Bo potem przyszła twoja siostra wmusiła w ciebie masę alkoholu. Poprosiłaś żebym cię znalazł jak już będzie po wszystkim, więc... oto jestem! - rozłożył ręcę.
-Dobrze, świetnie, ale powiedz mi, że masz coś ból głowy - jęknęłam.
-Mieszkam parę domów stąd. Jeśli chcesz... - zaczął, ale mu przerwałam.
-Chcę. Bardzo.
Po krótkiej przechadzce, kilku tabletkach przeciwbólowych, ogarnięciu się (po spojrzeniu w lustro dowiedziałam się czemu ludzie się za mną oglądali na ulicy) mogłam wrócić do rozmowy z Lightem.
Drrryń!
Albo i nie. 
Odebrałam telefon i dowiedziałam się, że Lily szuka mnie "panicznie" od dziesięciu minut. Czyli ludzie zaczynają wracać do swoich domów.
-To twoja siostra? - spojrzał na mnie zaciekawiony, gdy chowałam telefon.
-Tak. Sorry, muszę wracać.
-Spoko, Lily jest strasznie nadopiekuńcza. Wiem -spojrzałam na niego zszokowana.
-Skąd ty to...
-Powiedziałaś mi. Lily, czyli Lizzy. Obiecałem, że nikomu nie powiem - uśmiechnął się uspokajająco.
-Hmm... ok? - rzuciłam mu badawcze spojrzenie i wyszłam.
Świetnie! Wszystko wygadałam jakiemuś chłopakowi, którego ledwo znam! Jak widać musiałam zacząć pić wcześniej niż libacja z Kate. 
Wymruczałam długawą wiązankę przekleństw (nauczyłam się od Kate) i przyspieszyłam. 
Dziewczyny mnie zabiją, gdy się dowiedzą.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Dawno nie dodawałam rozdziału. Złapał mnie wakacyjny leń i jakoś tak... Ale mniejsza. Zapraszam do czytania! :D

wtorek, 30 czerwca 2015

Rozdział 16 "Niespokojna noc"

-Misa, kochanie, pobudka.
Otwieram oczy. Nade mną stoi mama. Słońce wlewające się do pokoju razi mnie w oczy.
-Misa, śpiochu! Spóźnisz się do szkoły!
Zmuszam się by otworzyć oczy. Jestem w swoim pokoju. Na szafce nocnej stoi budzik - wskazuje szóstą trzydzieści. Na biurku leżą równo ułożone książki i pojemnik z drugim śniadaniem. Ubrania, przygotowane do szkoły wiszą na drzwiach od szafy. Wszystko jest dokładnie takie samo jak zawsze.
-Mama? - patrzę na kobietę. Wygląda zupełnie jak ona! Ta sama burza jasnych loków i niebieskie oczy wokół, których uwidaczniają się zmarszczki mimiczne. Ma na sobie biały szlafrok w granatowe paski i pachnie perfumami, których zapach towarzyszy mi odkąd pamiętam.
-A któż by inny? - śmieje się tak wesoło i szczerze, że ja też mam ochotę się uśmiechnąć.
Wstaję z łóżka i idę się umyć. Potem siadam do stołu - pomiędzy mamą i tatą. Ona nadal się nie ubrała, ale on już jest w garniturze. Je szybko, jak zawsze zaspał i boi się, że się spóźni. Zaczynam jeść płatki z mlekiem. 
-Ja będę już zmykał - mówi zerkając na zegarek. - Powodzenia, bawcie się dobrze! - chce już wychodzić, ale mama jak zwykle poprawia niechlujnie zawiązany krawat.
W przyjaznej ciszy kończymy śniadanie i idę się ubrać. Granatowa sukienka na krótki rękaw i baleriny. Ładne, ale niewyróżniające się ubranie. Pakuję stos książek i drugie śniadanie do plecaka. Żegnam się z mamą i wychodzę do szkoły.
Do domu wracam w pośpiechu.
 Boję się.
Nie zdążę!
Przed czym? 
Coś się wydarzyło... coś złego.
Biegnę.
Syreny strażackie.
Jestem tuż za rogiem.
Krzyczę.
***
Obudziłam się zlana potem. Po raz pierwszy przyśnił mi się dzień, w którym zaczęło się to całe szaleństwo. I nie było to przyjemne. Od tamtej pory w moim życiu wciąż coś się działo. Nie miałam ani chwili spokoju. 
Rozejrzałam się. W pokoju było ciemno, zegarek wskazywał trzecią w nocy. Powinnam iść spać, ale jakoś mi się ta opcja nie uśmiecha. Nie ma się co dziwić po wrażeniach jakie zafundował mi mój mózg.
A skoro i tak nie mam nic ciekawego do zrobienia mogę równie dobrze... i  w tym momencie do mojego pokoju wpadł Mike i Kate.
-Misa! - warknął Mike. - Czy to prawda, że Lily umówiła się na randkę?
I to jest powód dla którego przyłazicie mi do pokoju o trzeciej nad ranem?
-Cóż... - ziewnęłam pretensjonalnie. - Jeśli to jest randka to nietypowa, bo i ja, i Kate jesteśmy zaproszone. I jakiś tabun ludzi. Jakiś kumpel tego faceta, który zaprosił Lily to organizuje. Czy jakoś tak.
-Mówiłam ci, że to nie jest randka! - warknęła wściekła Kate.
-Nie było cię tam! Skąd możesz wiedzieć?! - odparował Mike.
-Może z nią rozmawiałam idioto?! Musiałeś stawiać cały dom na nogi przez swoje dyrdymały?!
Nie żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, czy coś, ale Mike jest cholernie zazdrosny o Lily. Mylę się? Coś przegapiłam? 
-To nie są dyrdymały! On ją zaprosił na randkę na imprezę! I ten.., Alex, czy jak mu tam... nie jest odpowiedni dla Lily. Przecież nic o nim nie wie! Równie dobrze może być seryjnym mordercą! - wykrzyknął Mike wymachując rękami. 
Cudownie. W środku nocy dowiaduję się, że mężczyzna z którym mieszkam pod jednym dachem od kilkunastu, raptem, godzin, jest zazdrośnikiem i cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę jak z "House'a". Czego chcieć więcej od życia, co? 
-Skąd o tym wiesz?! Przecież nawet go nie znasz! Nie możesz dać spokoju wszystkim, chociaż na noc? - ze wściekłości Kate niemal zaczęła toczyć pianę z ust.
Wścieklizna, nie ma co.
-No właśnie! Nie znam go! Tak samo jak Lily! - Mike założył ręce i uśmiechnął się zwycięsko. Kate wydała z siebie nieartykułowany dźwięk.
-Mam dość. Mike, jest środek nocy, chcę spać - stwierdziła i wyszła.
-Jakbyś naprawdę potrzebowała snu! - mruknął ze złością Mike i ruszył w ślad za dziewczyną, wcale się nie przejmując moją zdezorientowaną osobą.
Jakim cudem do tej pory nie obudzili Lily?!
Po chwili usłyszałam wrzask gdzieś na dole:
-Kate, do diabła! Nie ignoruj mnie!
Potem coś trzasło.
Zapowiada się długa noc. 




wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 15 "Cisza"

Jak według was wygląda przepis na idealny absurd? Albo komedię? Kiedyś rozważałam karierę pisarską, ale wobec mojego braku talentu i stanowczych sprzeciwów rodziców (dokładniej mamy, która zdusiła ten pomysł w zarodku) zrezygnowałam. To nie tak, że teraz myślę do tego wrócić. Nie, już mówiłam, że nie mam talentu. Ale przyszło mi do głowy, że gdybym chciała to moje życie przypomina każdy gatunek. Wystarczy przedstawić to w odpowiednim tle. Przykładowo, gdyby w tle puszczać na przemian "Bring me to life" Evanescence i "So cold" Ben Cocks'a wypadła by z tego smutna historia przeplatana beznadziejną akcją. Ale gdyby podkładem było by coś w zupełnie innym, wesołym stylu, wyszła by opowieść o niezbyt rozgarniętej nastolatce, która ma co i rusz robi coś głupiego... chowanie się przed Ladislausem, potem te wydarzenia w Japonii, powrót do Anglii i ucieczka... jaki w tym wszystkim sens? Patrząc z perspektywy czasu - gdzie w tym jakakolwiek analogia? 
-Hej, ziemia do Misy! Eee... to jest do Evelyn...emm... do ciebie, no! - ręka poruszająca się z prędkością światła i męski głos to chyba przypomnienie, że moje rozważania zaszły za daleko, prawda? Bo tak w gwoli informacji stwierdzam, że jedziemy do nowego domu. Gdyby ktoś chciał wiedzieć.
-Co jest?
-Rozumiem, że polubiłaś ten samochód - zaczął całkiem poważnym tonem. -Jeśli będziesz chciała, to jestem pewien, że możesz zamówić sobie go na bliżej nieokreślony czas i za odpowiednią opłatę pan taksówkarz zrealizuje twoje zlecenia, ale póki co, musisz wysiąść. 
Poważny ton i dziwaczna treść dały komiczny efekt. Przynajmniej dla mnie, bo gdy ja wybuchnęłam śmiechem nie dołączył do mnie nikt z wyjątkiem Mike'a. Całą reszta patrzyła na nas jak na dwójkę idiotów. Prócz Lily. Ona chyba widziała rozczulających idiotów. Ale mniejsza. 
Gdy w końcu udało nam (czyt, mi) wysiąść nadszedł czas na oglądanie domu. Z zewnątrz wyglądał zwyczajnie. Ot, pomalowane na nijaki kolor ściany i ciemny dach. Dwa piętra, kilka okien, drzwi frontowe. Za to w środku - zupełnie inny wymiar! Nie powiem, że wyglądał jak wyjęty z najnowszego numeru magazynu dla bogaczy, ale raczej nie o to w tym chodzi, nie? Całość sprawiała przytulne wrażenie. Pozorowała bezpieczeństwo - coś za czymś tęsknie od dawna, 
-I jak wam się podoba? - spytała Lily, by przerwać napiętą ciszę. W jej głosie brzmiało zdenerwowanie.
-Jest ok, sis. Spisałaś się - gdy Kate wypowiedziała te słowa Lily wyglądała jakby uszło z niej powietrze. - Następnym razem się tak nie spinaj. Wybór domu to nie wyrok.
-Przecież wiem! - parsknęła nerwowo dziewczyna w odpowiedzi.
Później było trochę słownych przepychanek i niemal doszło o rękoczynów (Mike bardzo chciał zająć pokój gościnny, a Kate bardzo tego NIE chciała), ale nic wartego uwagi. Każdy rozszedł się do pokoju w celu krótkiego wypoczęcia i rozpakowanie plecaka. 
Mi osobiście była potrzebna chwila na opadnięcie napięcia. Bo w końcu udało się! Uciekłyśmy, nikt nas nie gonił, nie złapał, nie szukał. Może na prawdziwą radość jeszcze za wcześnie, a co do tego czy nie rozesłali za nami listów gończych to jeszcze nie wiadomo, ale sam fakt, że póki co nie idzie najgorzej (z chłopakiem z drogi poradziłam sobie dość szybko, więc nie uznawajmy tego za wielki problem) jest motywujący.I jednocześnie niepokojący. Colen ma mnóstwo ludzi i możliwości. Gdyby chciał już dawno siedziałybyśmy z powrotem w swoich pokojach w ośrodku. Ale nie. Nikt nawet nie próbował nas zatrzymać. Co jest nielogiczne biorąc pod uwagę jawny sprzeciw Colena na tego typu rozwiązania. 
To wszystko... od wejścia do samochodu Mike'a do teraz... przypomina czekanie na najgorsze. Minę ukrytą w ziemi. Może wybuchnąć w każdej chwili, a my nie mamy pojęcia gdzie ona jest i jak się bronić. A przynajmniej ja nie mam zielonego pojęcia. Nie mogę przecież zatrzymać czasu i postąpić ze wszystkimi jak z Ladislausem. Nie jestem rasowym mordercą. 
Rozpakowałam tę garstkę rzeczy, które miałam. Notes Roberta schowałam na dnie szuflady, tak by nie natknąć się na niego przypadkiem. Kilka sztuk ubrań trafiło do niezbyt dużej szafy i po rozpakowywaniu się.
Co teraz ze mną będzie? Co z Kate, Lily i Mike'iem? Nie mogę przecież wiecznie uciekać. Po prostu tak się złożyło, że ten rok jest wyjątkowo burzliwy i wszyscy stwierdzili, że utrudnianie mi życia to bardzo przyjemne zajęcie. Nie mogę jedynie zrozumieć motywacji Colena. Dlaczego chciał żebym została w ośrodku? Wcześniej, przed ucieczką (acha, znowu to słowo) do Japonii był zupełnie inny. Dbał o mnie, chciał żebym przystosowała się do nowej sytuacji, wyszła na prostą. Więc dlaczego tak się zmienił..?
Cholera, odkąd Ladislaus wparował w moje życie wszystko jet inaczej! Wytrzymał mnie na tym świecie siedemnaście lat, nie mógł wstrzymać się jeszcze trochę?! Po cholerę mu to było?!
-Misa, Kate pyta czy... - do pokoju wparował Mike. - Dlaczego płaczesz?
-Hę? - uniosłam głowę i po policzkach pociekły mi łzy. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. - Nie to nic.
Otarłam oczy.
-O co pyta Kate? 
-Nie, nie! Do tego zaraz wrócimy! - usiadł obok mnie. - Najpierw powiedz mi dlaczego płaczesz!
-To nic - machnęłam ręką i uśmiechnęłam się. Jednocześnie  poczułam, że kolejne łzy szklą mi oczy. - To... naprawdę... nic...
Pięknie! Powyję się teraz i Mike będzie mnie pocieszał. I przy okazji wszystkiego się dowie. Boże, dlaczego mi to robisz? Bo to nie tak, że jestem beksą. Może to tak wygląda, ale nie. Jedni ludzie pod wpływem stresu, zdenerwowania czy złości krzyczą, inni kopią i gryzą. A ja płaczę. Taka reakcja stresowa. Chociaż w moim przypadku to już może podchodzić pod zespół stresu pourazowego.
-Gdyby to było nic, z pewnością byś nie płakała. Więc albo ty powiesz mi co się stało, albo powiesz to wszystkim! - stwierdził stanowczo.
Jasne, zaangażujmy w to Kate i Lily. Nie ma to jak truć dupę wszystkim, bo zostałam przyłapana na kiepskim nastroju, nie?
-Naprawdę nic mi nie jest - zapewniłam go i wstałam, przecierając po raz kolejny oczy. - To nic wielkiego, ok?
I wyszłam. Nie ma rozdmuchiwania moich problem, dziękujmy za to Panu. Tak, o dziwo jestem jakiegoś wyznania. 
Mike za mną nie poszedł, więc mogłam w spokoju pochodzić po całym domu, by namyślić się co mam robić. Przeszłam korytarz, salon, łazienkę i dopiero w kuchni wpadłam na genialny pomysł zjedzenia czegoś. Jadłam co prawda nie tak dawno, ale to zawsze jakieś zajęcie. 
Rozczarowanie dopadło mnie przy lodówce - dlaczego pomyślałam, że jedzenie w magiczny sposób sam się tam pojawi? Wobec tak nurtującego problemu ponownie ruszyłam na wędrówkę, tym razem w poszukiwaniu Kate lub Lily. Obie siedziały w swoim pokoju (stwierdziły, że dzielą pokój od zawsze i nie zamierzają tego zmieniać) .
-Jest problem - oznajmiłam poważnym tonem, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi.
Ich twarze momentalnie zastygły w masce niepokoju. Kate natychmiast wstała i ruszyła w stronę okna. Gdy ona uważnie przyglądała się każdemu krzaczkowi, Lily postanowiła dociekać przyczyn:
-Co się stało?
-Lodówka jest pusta - odpowiedziałam tym samym poważnym tonem.
Spojrzały na mnie zszokowane, jakby nie mogły zrozumieć sensu moich słów, a potem jednocześnie wybuchły śmiechem.
-Jesteś niewyjęta! - wydusiła Kate.
-Nie, jestem nadzwyczaj poważna. Nie ma nic do jedzenia. Mój żołądek tego nie rozumie - stwierdziłam, co wywołało kolejną salwę śmiechu.
Po kilku minutach, gdy dziewczyny się uspokoiły Lily obiecała iść ze mną. Zapowiada się całkiem nieźle. Dwie samotne nastolatki, w mieście, którego nie znają.
Miasteczko okazało się być całkiem małe. Trzy ulice sklepów i takich tam. I szkoła. Niezbyt duży budynek mieszczący podstawówkę i gimnazjum. Naprawdę nikt nas tu nie znajdzie. 
Najpierw weszłyśmy do spożywczego. W końcu poszłyśmy tam głównie w tym celu. Sklep świecił pustkami. Aż się chciało krzyknąć "halo?" jak w filmach. Przeszłyśmy cały sklep wzdłuż i wszerz, wybrałyśmy co chciałyśmy i poszłyśmy zapłacić. Tu się zaczęły schody.
-Dzień dobry - kasjerka uśmiechnęła się do nas przymilnie.
Nie wyróżniała się niczym szczególnym - blondynka po czterdziestce. Ze zbyt mocną opalenizną z solarium. 
-Dzień dobry - odpowiedziała jej grzecznie Lily.
-Jesteście tu nowe, dziewczynki? Czy tylko przejazdem?
-Niedawno się wprowadziłyśmy, proszę pani.
-Ach, tak? Słyszałam, że dom po synu Johna jest na sprzedaż. Biedactwo nie mógł znieść samotności i wyjechał. Kiedyś mieszkał ze swoim ojcem. Nie byli zbyt bogaci... - trajkotała. Nawet gdy wszystkie zakupy były już w torbach nie podała nam ich tylko opowiadała o wielkich nieszczęściach Johna i jego syna. - Aż w końcu jakaś firma przejęła dom, odnowiła go i sprzedała. Miło było was poznać dziewczynki! - krzyknęła jeszcze za nami.
Co za kobieta! Jak można... nieważne. Co mnie to obchodzi? Widzę ją tyle co przy kasie. Następnym razem po prostu pójdziemy do sklepu z mniej gadatliwą kasjerką, czy coś. Może będzie jej koleżanka? Żeby do tego doszło żeby tyle rozmyślań poświęcać kasjerce... naprawdę...
-Chcesz iść gdzieś jeszcze? - spytała Lily.
-Mamy mało ciuchów, możemy pójść do.... - rozejrzałam się. - Nie możemy. W tym mieście raczej nie ma takich sklepów, co?
-Pomóc w czymś paniom? - melodyjny, znajomy głos odezwał się gdzieś za mną. 
Gdy odwróciłam się, zdębiałam. Niebieskowłosy chłopak z wczoraj! Tutaj! Cholera jasna, to jakieś fatum, czy co?
-Nie, dziękujemy - odpowiedziała Lily uśmiechając się. - Dziś się wprowadziłyśmy, więc... - pomachała reklamówką - trzeba było zrobić małe zakupy.
-Rozumiem - chłopak uśmiechnął się. Gdy nie stał na środku drogi, grożąc śmiercią był nawet uroczy. - Wszyscy o was mówią.
-Ach tak? - Lily spojrzała na niego spod rzęs. - Co takiego?
Nie wierzę! Ona z nim flirtuje! Przecież jest starsza od niego setki lat! Może tego nie widać, ale tak właśnie jest!
-Że pojawiły się nowe, niezwykle dziwne sąsiadki. Tylko, że nikt nie wie niczego konkretnego.... - zawiesił głos i spojrzał na nią wyczekująco.
Tak wygląda flirt? Jak dla mnie wygląda to odrobinę... nie, bardzo dziwnie. Ale ja się nie znam. Naprawdę, nigdy do nikogo nie zarywałam. Może wydawać się to niemożliwe w wieku niemal osiemnastu lat, ale jakoś tak wyszło. 
-Naprawdę? Możesz się pochwalić, że zrobiłeś wywiad. Jestem Lizzy, to moja wnu... siostra Evelyn. Jest jeszcze Mikka. 
-Alex - chwila przerwy na głupie uśmiechy. - Dzisiaj jest impreza u Marca. Wpadniecie?
-Jeśli po nas przyjdziesz.
-Jasne! Z chęcią. To jesteśmy umówieni - co za entuzjasta!
-Mieszkamy... 
-Wiem - uśmiechnął się.
-No tak. Wszyscy wiedzą - drugie zdanie powiedziała tak cicho, że chłopak raczej nie usłyszał.
Wymienili się jeszcze numerami telefonów (te też załatwiły przed wyjazdem) i każdy poszedł w swoją stronę.
-W co ty nas wpakowałaś, Lily?! - warknęłam, gdy tylko weszłyśmy do domu.
Czy jestem jedyną osobą, która uznaje, że nie powinnyśmy spoufalać się z każdym napotkanym osobnikiem?!




sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 14 "Powrót do normalności"

Ten kto powiedział, że babcie, prababcie i inne pra... są niedołężne i nie nadają się do realizowania szalonych eskapad ten jest kłamcą. Moje praprapra(...)babcie to jedne z najładniejszych kobiet jakie świat widział. I jeśli chodzi o planowanie ucieczek i wszelkich innych planów nie mają sobie równych. Gdyby tak nie było to nie znajdowałabym się teraz, razem z nimi, w samolocie do Waszyngtonu, prawda? Do tego wyglądając jak nie ja. I to bez operacji plastycznej. Kto ma najdziwniejsze babcie (prapra(...)babcię i cioteczną pra(...)babcię w gwoli ścisłości) na świecie? Odpowiedź nasuwa się sama.
Jakimś dziwnym trafem, nie pytajcie jak, Lily i Kate w dwa dni zorganizowały wyjazd, tak by nikt się nie zorientował. Pieniądze, nowe tożsamości, nowy dom - zajęły się wszystkim. I co najlepsze - będę mogła ukończyć liceum! W żadnym wypadku nie zachowują się jak ktoś starszy, z większym stażem życiowym, ktoś kogo należy szanować i z kim należy się zgadzać. Bardziej przypominają dwie koleżanki, które kiedyś należały do jakiejś mafii i wszędzie maja wtyki.
-Spakowałaś wszystko? - no, a przynajmniej Kate. Lily ciągle mi matkuje.
-Daj już spokój, Lil. Jeśli pięć sekund temu wszystko było spakowane, to znaczy, że teraz też jest - stwierdziła znudzona Kate, patrząc w okno.
Czekamy. Zgodnie z planem miałyśmy wyjść z ośrodka o 1:55 i wsiąść do samochodu, w którym czeka znajomy Kate. Wciągu godziny dojechać na lotnisko w Londynie i punktualnie o trzeciej nad ranem wylecieć do Waszyngtonu, skąd dostaniemy się do małej mieściny oddalonej o 200 km. Przed południem Lily pojedzie na spotkanie z pośrednikiem biura nieruchomości w sprawie kupna konkretnego, wybranego już domu. Wprowadzimy się i od poniedziałku będziemy wieść normalne życie. A przynajmniej tak zakładał plan.
A jak wyszło?
Jakimś cudem udało nam się wyjść niepostrzeżenie z ośrodka. Co wydawało mi się niemożliwe, biorąc pod uwagę, że spora część jego mieszkańców wtedy funkcjonuje na pełnych obrotach. Potem wsiadłyśmy do samochodu Mike'a, przyjaciela Kate. Swoją drogą drugiej takiej osoby nie ma w całym kosmosie. Miał mięśnie kulturysty, a opaleniznę i długie blond włosy amerykańskiego surfera, Do tego był ubrany strój barmana i ciągle powtarzał "joł".Całkiem zabawne połączenie.
Dzięki Mike'owi dostałyśmy się na lotnisko, gdzie okazało się, że jedzie z nami. Dlaczego? Anglia mu zbrzydła w ciągu ostatnich piętnastu lat i bajecznie stęsknił się za Kate. Tak, użył słowa "bajecznie".
A teraz lecimy do Waszyngtonu. Uroczo. Ale wróćmy do tego co ciekawi wszystkich - skąd Kate wie. To jej zdolność. Jako jedyna z wszystkich, którzy posiadają tę całą "zdolność" Kate wie. Nie można tego nazwać czytaniem w myślach (takie rzeczy tylko w "Zmierzchu"), bo ona nie widzi ładnych literek w twojej głowie, formujących się w konkretne informacje. Nie. To tak nie działa. Ona wie. Nie da się tego inaczej wyjaśnić.
Z kolei zdolnością Lily (skoro już przy tym jesteśmy możemy wyjaśnić wszystkie sprawy bieżące) jest iluzja. To dzięki niej wyglądamy zupełnie inaczej. Nałożyła na nas zupełnie inny obraz i każdy widzi tylko ten obraz. Haczyk polega na tym, że nie działa to na zdjęcia, filmy i inne takie.
-Podchodzimy do lądowania, prosimy o zapięcie pasów - z głośników dobiegł metaliczny głos kobiety. Potem powtórzyła to samo zdanie w piętnastu innych językach.
-Na pewno wszystko wzięłaś? - spytała po raz enty, siedząca obok mnie Lily.
-Jezu Przenajświętszy! Uspokój się, Lil! - warknęła Kate. - Twoje słabe nerwy mnie kiedyś wykończą.'
Zapięłyśmy pasy, ale (na szczęście) lądowanie nie było złe. Co dla mnie, panicznie przerażonej każdą okazją do oderwania stup od ziemi, było wybawieniem.
Na lotnisku czekał na nas jakiś facet z tabliczką O'Bryan. Miał jasną cerę, czarne włosy i niewyobrażalnie jasne, niebieskie oczy. Ubrany był w czarne spodnie, koszulkę i zimową kurtkę, mimo panującego upału. Ale nie będę tego roztrząsać. Uznajmy to za normalne.
-Panny O'Bryan? - spytał z brytyjskim akcentem.
Kate zlustrowała go od stup do głów, po czym skinęła głową.
-Gunter? - spytała niepewnie Lily.
-Tak, czy my... znamy się? - chłopak spojrzał na nią zdziwiony.
-Nie, nie! - zaprzeczyła szybko. - Twój brat uprzedzał mnie, że to ty po nas przyjedziesz - ale jej rozczulony uśmiech przeczył jej słowom.
Gunter zaprowadził nas do srebrnego volvo i w ciszy przejechaliśmy przez Waszyngton. Mimo hałasu miasto wydawało się... ciche,  Nie wiem jak to wyjaśnić, ale było wyciszone, jakby wszyscy starali się nie pozostawić po sobie nawet śladu.
Drogi były puste. Można to przypisywać porze, ale dla mnie to było dziwne. Wielkie miasto, stolica, jest ciche. Coś niewyobraża... i w tym momencie musimy przerwać tę pasjonujące wywody. Właśnie wszystko przestało iść zgodnie z planem.
 Na środku drogi stał mężczyzna. Patrzył prosto na nas. I nie wyglądał jakby miał zamiar zejść z ulicy.
Gunter gwałtownie zahamował, mrucząc wiązankę przekleństw.
-Wiedziałem! Wiedziałem! - mruknął pomiędzy którąś "kurwą" i "cholerą", po czym wysiadł z samochodu.
-Co ty tu robisz, Gunter?! - warknął z wściekłością obcy facet o niebieskich włosach.
-Jestem przewoźnikiem - prychnął tamten w odpowiedzi. - Jeżdżę tam gdzie ludzie chcą.
-Jakim prawem tutaj? - ryknął ponownie mężczyzna. - Od ciemnych dzielnic miałeś trzymać się z daleka!
-Jakbyś nie zauważył, rzadko wypełniam polecenia, za które mi nie płacą - wyjął nóż i ruszył przed siebie. Niebieskowłosy powiedział coś w obcym języku (wnioskując z tonu nie było to nic miłego) i ruszył na spotkanie Gunterowi.
-Nic sobie nie zrobią? - spytał zaniepokojony Mike.
-Najwyżej się pozabijają - Kate wzruszyła ramionami. Nie byłaby to dla nas wielką stratą, gdyby nie to, że sami nigdzie nie pojedziemy - niezadowolona dziewczyna wysiadła i ruszyła w stronę mężczyzn.
-Uważaj na siebie! - krzyknęła za nią Lily. Ale kiedy Kate wmieszała się do potyczki poczułam uścisk drobnych dłoni Lily na ramieniu. - Zrób coś! Cofnij się i zepchnij tego mężczyznę z drogi!
Kolejna rzecz, o której nie wspomniałam: obie dziewczyny wiedzą o mojej "zdolności". Dowiedziały się dwa dni temu, zachowały tę informacje dla siebie i pomagały mi ćwiczyć.
Spełniłam prośbę Lily. Wysiadłam z samochodu i powoli, sekunda, po sekundzie, cofałam się w czasie. Zatrzymałam to, gdy nasz samochód nie zdążył wyjechać zza zakrętu, a mężczyzna palił papierosa na uboczu. Wciągnęłam go do najbliższego budynku i zasłoniłam wszystkie rolety by nas nie zauważył. Potem wyszłam z... jak się okazuje dziwacznego rodzaju monopolowego i ruszyłam wzdłuż ulicy w poszukiwaniu kompanów.
Gdy wsiadłam do samochodu, a czas zaczął płynąć wszyscy wybałuszyli oczy.
-Jak to zrobiłaś? - Mike miał oczy wielkie jak spodki.
-Ale co?
-Noo... mignęłaś. Przez ułamek sekundy cię nie było - wybełkotał.
-Ehh... zdawało ci się. Zwidy masz na starość - skwitowałam jego uwagę ze śmiechem.
Ale na ulicach wciąż było pusto. Coś nie poszło zgodnie z planem.
Reszta podróży przebiegła bez większych problemów. Żaden szaleniec nie wyskoczył na drogę ani nic w tym rodzaju. O jedenastej byliśmy w tej małej miejscowości i pożegnaliśmy się z Gunterem. Kate wręczyła mu jakąś kopertę, pewnie pieniądze (chociaż kto to widział, żeby płacić w ten sposób za.. taksówkę?),a potem we trójkę - Kate, ja i Mike ruszyliśmy w stronę najbliższego baru/restauracji. Wszyscy gapili się na nas jakbyśmy mieli po trzy głowy i czternaście par rąk. Zamówiliśmy coś do jedzenia i czekaliśmy na Lily, która poszła spotkać się z pośrednikiem.
-Jak właściwie wygląda ten dom? - zagadnęłam po chwili.
-Zwyczajnie - Kate wzruszyła ramionami. - A ty, Mike? Gdzie zamierzasz zamieszkać?
-Hę? - chłopak obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem. - No jak to gdzie? U was!
-Ciebie chyba pogięło! - warknęła na niego, przyciągając uwagę innych klientów. Nie żeby zwróciła na to uwagę. - To nie hotel, idioto!
-Och, Kitty, nie bądź taka! Przecież się przyjaźnimy! - mina Kate wybitnie świadczyła co dziewczyna myśli o nazywaniu ją Kitty.
-Jeszcze jedno słowo i...
I w tym momencie weszła Lily i nikt nie dowiedział się co Kate zrobi Mike'owi jeśli ten powie jeszcze jedno słowo. Ale i tak coś się nie zgadzało.

piątek, 29 maja 2015

Rozdział 13 "Czas się zbierać"

Wróciliśmy do Anglii. Byłam w lekkiej rozsypce, nie ukrywam. Po co oni przywozili mnie tu z powrotem? Przez tydzień byłam przepytywana przez jakichś obcych ludzi i Colena, na temat tego co zaszło w Japonii. Nie powiedziałam im nic nowego, milczałam zwłaszcza na temat swojej zdolności. 
Gdy nie odpowiadałam na bezsensowne pytania, siedziałam w swoim pokoju. Czasem zaglądała do mnie Kate lub Lily. Przeważnie ta druga. 
Trwałam w zawieszeniu przez dwa tygodnie. I dziś mogę powiedzieć o tym tylko jedno: mam dość. Może i ta cała sprawa z Ladislausem wywróciła moje życie do góry nogami (nie miałam nawet kiedy porządnie przeżyć żałoby po rodzinie), ale wciąż mam całe życie przed sobą! Nie chcę spędzić go pod kloszem, bezpiecznie trzymana w ośrodku, pod kontrolą Colena. Zawsze miałam ambicje, marzenia, plany. Czemu teraz, gdy, teoretycznie, jestem wolna i mogę chodzić bez strachu po ulicach, miałabym nie wrócić do tego? Pod nowym nazwiskiem, w nowym miejscu mogłabym zacząć wszystko od nowa. Tak jak Robert. Bez przeszłości. Bez żalu. Ukończyłabym liceum, potem studia, znalazła przyjaciół. Żyłabym dla siebie, a nie dla cudzych poleceń.
-Misa, Colen chce z tobą porozmawiać! - krzyk z korytarza. Veronica. Jak zwykle to samo.
Wstałam z łóżka i wyszłam z pokoju. Powłócząc nogami ruszyłam w stronę gabinetu Colena. Znów będą mnie męczyć przez kilka godzin tymi samymi pytaniami? A myślałam, że to już koniec. Wczoraj ani przedwczoraj ich nie było.
-Co jest? - spytałam, gdy weszłam do środka. 
Ku mojemu zaskoczeniu, prócz Colena, w pokoju nie było nikogo.
-Usiądź, Miso. Chciałbym z tobą poważnie porozmawiać - uśmiechnął się przyjaźnie. Ja się nie zgadzam! Żadnych poważnych rozmów! Jestem na nie! Mogę powiedzieć nie?
Usiadłam.
-Musimy coś z tobą zrobić, Misa. Przedyskutowałem tę sprawę z innymi i wszyscy jesteśmy zdania, że najwyższy czas byś ułożyła sobie życie. Jesteś niemal dorosła, nie może być tak, że inni są za ciebie odpowiedzialni - zaczął Colen.
Czyżby ta rozmowa nie szła w aż tak złym kierunku?
-Dlatego w najbliższym czasie znajdziemy ci jakie zajęcie na terenie ośrodka. Dalej będziesz tu mieszkać, po prostu będziesz miała obowiązki. Jak Veronica czy Kate i Lily - kontynuował. 
Nie. Pomyłka.  Ta rozmowa szła w koszmarnym kierunku.
- A co ze szkołą? - przerwałam mu. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jaką szkołą? Wiesz jak wygląda sytuacja na zewnątrz. Ludzie cię szukają. Spora część społeczeństwa uważa cię za winną, a twoją nieobecność traktuje jako niepodważalny dowód swoich przekonań. Nie możesz iść do szkoły, to oczywiste.
-Ale... co z fałszywymi dokumentami? Przecież mogłabym się przeprowadzić... gdziekolwiek i tam skończyć szkołę, zacząć żyć własnym życiem - Colen nie jest głupi. On po prostu chce mnie tu zatrzymać. Pod kloszem, na resztę życia.
-Niby tak, ale... - zrobił współczującą minę. - W dalszym ciągu nie wiemy jaką masz zdolność. Musisz tu zostać, przynajmniej do czasu, gdy jej nie opanujesz. 
-A może ta cała zdolność nigdy się nie pojawi. Colen, chcę stąd odejść i zacząć nowe życie. Bez tego całego nadprzyrodzonego bagażu - wyznałam. 
Nie mam zamiaru tutaj zostać na resztę swoich dni. Każdy odchodzi, każdy ma do tego prawo!
-Moja droga, zrozum, że,,, - zaczął ponownie, ale mu przerwałam:
-Nie, Colen. Nie chcę tego rozumieć. Mam prawo do własnego życia. Takiego jakiego chcę. Nie masz prawa za mnie decydować! - wybuchłam. (Najdojrzalsze to wcale nie było...)
-Teoretycznie masz rację. Tylko, że... widzisz, sprawa jest niezmiernie delikatna.... - plątał się.
Dziękujemy. Czyli po dobroci nie przejdzie. Czyli nie mam innego wyjścia jak zwiać stąd na własną rękę. Cholera, skąd ja wezmę pieniądze? I nowe dokumenty? 
-Koniec rozmowy - ucięłam. - Zgaduję, że myślisz o swoim wyborze jako o najlepszym dla mnie. Ale ja tego nie chcę, tej twojej dobroci. Musze nauczyć się samodzielności - wyszłam.
Jaki jest plan? Cały czas to odkładałam na później. "Później" właśnie przyszło. Co teraz? Gdybym mogła prosić kogoś o pomoc to kogo? Lily! Przez te dziwne pokrewieństwo jest taka... ok, niezbyt mi się podoba, że jedyne słowo jakiego mogę użyć to łatwowierna.
-Colen nie pozwolił ci odciąć pępowiny, co? - usłyszałam obok siebie.
Zdezorientowana rozejrzałam się. Byłam tak pochłonięta własnymi myślami, że nie zauważyłam Kate, stojącej przy ścianie.
-Można tak powiedzieć - mruknęłam.
-Co z tym zrobisz? 
-Hmm... ja... - podrapałam się po głowie. Co jej miałam powiedzieć? Głupotą byłoby wsypanie samej siebie.
-Jasne, to wyjątkowo głupie - stwierdziła. - Ale nie martw się. Po tym magicznym BUM!, które wywołał Ladislaus kilkaset lat temu, każdy ma coś z głowa. Nawet ja i Lily. Tylko nie jesteśmy na tyle głupie, by o tym gadać. I jak widać ty też nie - odwróciła się w stronę drzwi. - Lily! Czas się zbierać! - jej twarz ozdobił radosny uśmiech. 
Z pokoju wyjrzała młodsza z sióstr.
-Zdeklarowała się? - spojrzała na mnie niedowierzająco.
-Mhm.
-Wreszcie!
-Dokładnie! Nie będę musiała patrzeć na tę wstrętną gębę tego... - Kate nie dokończyła.
Zaraz. Kurwa. Że. Niby. Co?! Że. JAK?!
Może mnie ktoś oświecić co zrobiła Kate? Bo jakoś trudno to ogarnąć.

sobota, 23 maja 2015

Rozdział 12 "Z pamiętnika Roberta"

Po wizycie u Roberta pojechaliśmy prosto na lotnisko. Przez całą drogę nikt się nie odzywał, z wyjątkiem krótkich wyjaśnień typu: „bagaże zostały zabrane, gdy nas nie było” i „wkrótce będziemy na miejscu”.
Gdy w końcu dotarliśmy na lotnisko odważyłam się dokładniej przyjrzeć szarej paczce. Była związana sznurkiem, tak jak mama zawsze obwiązywała makulaturę, którą miałam zanieść do szkoły. Papier nie był przyjemny w dotyku, raczej szorstki. Tyle zostało z mojego najlepszego przyjaciela. Nie jest to pocieszające.
-Nasz lot – to Lily.
Wszyscy chodzą wokół mnie na palcach, jakby bali się, że każdy mocniejszy podmuch może mnie potłuc. Może kiedyś tak było, ale teraz nie ma nikogo kogo mogłabym się bać.
W samolocie usadowiłam się przy oknie. Nożem, podanym z kolacją przecięłam sznurem i zdjęłam papier. Moim oczom ukazał się zwykły zeszyt z zieloną okładką. Nic nadzwyczajnego.
Otworzyłam go na stronie tytułowej. Zaczęłam czytać:
„Dla Misy Hastings, najlepszej przyjaciółki jaką kiedykolwiek miałem.
Postanowiłem, że opiszę wszystko co mnie tu spotka w  jak najbardziej dokładny sposób, żebyś wiedziała o wszystkich szczegółach, o których ja mogą zapomnieć do naszego spotkania. Bo spotkaliśmy się prawda? Mam nadzieję, że nie minęło zbyt dużo czasu, bo już tęsknie. Tęsknie… mój Boże, świat się wali.  Dobra, koniec tego smęcenia. Będziesz się ze mnie śmiała przez resztę mojej egzystencji, w której, mam nadzieję, że dalej będziemy się przyjaźnić.
Dzisiaj jestem tu drugi dzień. Wczoraj (tj, w dniu przyjazdu) poprosiłem Spirydona (mój mentor) o zeszyt. Widzisz? Od razu pomyślałem o tobie! Ciesz się plebsie! W każdym razie, gdy dzisiaj się spotkaliśmy przyniósł mi ten oto zeszyt. I zapas długopis. To miłe z jego strony nie sądzisz?
Spirydon przez całą do noc, aż do świtu opowiadał mi o wampirach, zasadach wampirów, obyczajach wampirów, przepisach międzygatunkowych obowiązujących wampiry… w całym swoim siedemnastoletnim życiu nie usłyszałem słowa na „w” tyle razy w tak krótkim czasie. Ogółem wszystko o czym gadał, pomimo tego, że jest równym gościem, było beznadziejnie nudne (można w ogóle mówić, że coś jest beznadziejnie nudne? A może powinienem napisać „beznadziejne i nudne”?). Oczywistym jest, że za wiele go nie słuchałem. Potem kazał mi się położyć spać. A ja, taki szatan się nie posłuchałem (błahahah! Jestem tak bardzo zły!) i piszę do ciebie. Powinnaś być mi wdzięczna po wszech czasy. Żartuję, nie musisz. Ołtarzyk wystarczy.
Ale teraz to naprawdę idę spać, bo jest jedenasta rano i oczy mi się kleją. Do zobaczenia!

Cześć, Misa! Mamy ranek trzeciego dnia. Przez całą noc włóczyłem się ze Spirydonem po mieście i poznawałem jego kumpli. Wszyscy są do chrzanu! Zero poczucia humoru, nie lubią się bawić, a słowo taniec kojarzy im się z walcem wiedeńskim. I mówią w totalnie dziwny sposób. Do każdego zwracają się per „pan” lub „nadobna panienka”. Co oni, u Szekspira grają, czy jak? Nie to żebym miał coś do Szekspira, wiesz, że na niczym nie śpi mi się tak dobrze jak na problemach Romea i Julii, a jęczeniu Hamleta będę wdzięczny po wsze czasy za maskowanie mojego chrapania na angielskim. Ale nie przesadzajmy z tym uwielbieniem.
A jutro będę się uczyć japońskiego. Bo jak się okazuje nie wszyscy znają angielski. Pomyślałabyś?

Spiridon jest ekstra! Jakimś cudem w dwie noce wtłoczył do mojej głowy japoński! On twierdzi, że to przez to, że jestem wampirem (nie za dużo tego „że”?) i mogę wykorzystywać parę procent mózgu więcej niż człowiek! Czaisz to? Jestem od ciebie mądrzejszy! A ty zawsze twierdziłaś, że jestem głąbem!
I tak, przyznaję się bez bicia, nie pisałem ostatnio. Dziś jest mój piąty dzień tutaj. Ale cały czas padam z nóg. To pewnie przez tę okropną atmosferę rodem z horroru, którą wszyscy uwielbiają. No i robię się głodny. U Colena krew dostawałem codziennie, a tutaj jestem piąty dzień i nic. Wybacz, pewnie nie masz ochoty słuchać o krwi, co? Pamiętam jak zawsze się wzdrygałaś kiedy podsuwałem ci butelkę pod nos. Wyglądałaś jakbyś miała zemdleć. Albo jak ganiałem cię po korytarzach. Wiedziałaś, że już wypiłem a i tak uciekałaś. To było zabawne. Fajnie było by to kiedyś powtórzyć. Może jutro od dnia, w którym to czytasz? Chodzi mi o to że… załóżmy, że czytasz to w jakiś piątek, nie? Poganiajmy się w sobotę, rozumiesz? Nie? Jaśniej tego nie wytłumaczę, zapytaj mnie przy najbliższym spotkaniu. Dobra, kończę już, bo druga w południe to najwyższy czas na sen.

Nie wiem, który dzień od naszej rozłąki dziś wypada. Nie pisałem co najmniej kilka dni. Spirydon zabrał mnie do miasta, żebym… polował. Okazuje się, że tu będę musiał zabijać. Misa, ja nie chcę tego robić! To jest straszne! Tamten facet był niewinny, nic mi nie zrobił, a ja… Misa, musimy się spotkać. Nie wytrzymam tu dłużej. To miejsce… ono zabija mnie od środka. Proszę, Misa spotkajmy się.

Nie zamierzam więcej pisać. To mój ostatni raz kiedy opisuję moje życie dla ciebie. Odnalazłem się tu. Nie wiem jak mogłem panikować z tak błahego powodu. Mam zamiar tu zostać na zawsze, jeśli kiedyś się spotkamy przekażę ci ten zeszyt. Jedno jest pewne – nie zamierzam cię szukać. Jesteś wspomnieniem tego jaki byłem kiedyś. Bardzo miłym i ciepłym, ale jednak tylko wspomnieniem.
Robert

Z mojego gardła wydobył się szloch. Ty też jesteś moim wspomnieniem Robercie. Bardzo bolesnym, a jednocześnie wspaniałym, ale tylko wspomnieniem. Nienawidzę cię za to. Nie chcę byś był tylko czymś co kiedyś było, a co już nie wróci.
-Hej, co się dzieje? – siedząca obok mnie Veronica miała zmartwioną minę.
-Nic – czknęłam.
Zerknęła na zeszyt.
-To od twojego przyjaciela?
Kiwnęłam głową.
-Ból kiedyś minie.
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się, z całych siły przytulając się do zeszytu, jakby mógł mi zastąpić wszystko co do tej pory straciłam.
-Zobaczysz ból minie i wszystko się ułoży. Teraz może być już tylko lepiej – gdy zamykałam oczy, mogę przysiąc, że kątem oka dostrzegłam na jej twarzy ulgę pomieszaną z zadowoleniem.
Ale w tamtej chwili to nie było ważne. Liczył się tylko zeszyt, zawierający opis ostatnich dni Roberta jakiego znałam. Co prawda zapisał to w kiepskim stylu, ale... to był on. Wszystko co po nim zostało.

Przepraszam, że dopiero dzisiaj, ale nie mam zbytnio dostępu do internetu.