Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

Rozdział 22 (i Ostatni) "Koniec"

To dziś. Dziś wprowadzamy w życie wielki plan. Ja, Lily, Kate, Ladislaus i dziwny służący. Tak, on o dziwo wybiera się z nami. I tak, przez tydzień rozmów nie dowiedziałam się jak ma na imię. Sprytnie omijał ten temat.
Ta podróż będzie szybsza niż wszystkie pozostałe, ponieważ jedną ze zdolności Ladislausa jest teleportacja. O ile ktoś będzie czekał po drugiej stronie i nas ‘ściągnie’, cokolwiek to znaczy.
Atrakcje obejmują: porywającą przemową o wielkim złu jakim jest Colen, spektakularny wybuch jego ośrodka i fontannę krwi, którą stanie się Jungkey dzięki Kate. Najwyższa forma rozrywki. Potem następuje ta smutniejsza część. Wracamy do  Rosji, wybieramy trumny, projektujemy wielki, rodzinny grobowiec, płaczemy, żegnamy się i zakopujemy. Mello już leży na łożu śmierci. Gdy się żegnaliśmy niemiał siły wstać z łóżka. Ale to właśnie wtedy przeprowadziliśmy te normalne rozmowy. Dopiero wtedy jego choroba go opuściła, gdy został sam. Mam nadzieję, że nie umrze przed naszym powrotem.
-Misa? Czemu płaczesz? – skrzeczący głos przywrócił mnie do rzeczywistości. I uświadomił, że płaczę.
-Nic mi nie jest – burknęłam i otarłam łzy wierzchem wody.
Nie ma się co załamywać. Jeszcze wszyscy żyją.
No właśnie, jeszcze. Ale za parę dni będę sama. Po raz pierwszy nie będę miała nikogo.

-Wszyscy wiedzą co mają zrobić? – Ladislaus obrzucił wszystkim badawczym spojrzeniem.
-Znaleźć Colena.
-Unieszkodliwić ewentualnych strażników.
-Wyeliminować Veronicę.
-Wysadzić budynek.
-A wtedy ja zabiję Colena – dokończyła naszą wyliczankę Kate.
-Dokładnie – Lad pokiwał głową. – Wylądujemy w tym pomieszczeniu – pokazał nam po raz setny zdjęcie piwnicy w ośrodku. – Gdzie czeka na nas mój człowiek. Wszyscy wszystko wiedzą?
-Maglujemy to setny raz… - jęknęła Lily.
-Ostatni, Lil. Ostatni – poprawił ją Ladislaus, jakby jedno wykluczało drugie.
-Zawsze był taki drobiazgowy? – spytałam głośnym szeptem, tak by wszyscy usłyszeli.
-No przecież ja cię słyszę! – załamał ręcę.
-No przecież ja o tym wiem! – zawołałam tym samym tonem.
I w wesołej atmosferze opuściliśmy dom. Kraj. Kontynent. Mello.
Poczułam nieprzyjemny skurcz każdego mięśnia, zakręciło mi się w głowie i nie czułam już nic prócz rąk Lily i dziwnego służącego, ściskających moje. Nigdy więcej się na to nie zgo…
Upadłam na twardy beton. Z moich ust wydobył się jęk. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że jedynie Ladislaus stoi o własnych siłach i patrzy na nas z rozbawieniem. Miał wieki  by to opanować, my – niekoniecznie.
Nigdzie nie widziałam człowieka, który nas ‘ściągnął’, ale mniejsza.
-Lily, Kate, wasza kolej – mruknął.
-No przecież wiemy – odpowiedziały szeptem.
Nie widziałam dziewczyn, bo podszedł do mnie dziwny służący, by pomóc mi wstać, ale gdy już stałam o własnych siłach wydawałoby się, że w pomieszczeniu jestem tylko ja i oba dziewczyna.
-Powodzenia – powiedział cicho Ladislaus i po chwili rzeczywiście zostałyśmy same.
Zgodnie z planem, niewidzialni Lad, Kate i dziwny służący poszli unieszkodliwić ewentualne zagrożenia i upewnić się, że wszystko wybuchnie. W tym czasie ja mam wyciągnąć Colena przed budynek, a Lily Veronicę. Oczywiście jako ich bezimienne podopieczne.
Skinęłyśmy sobie głowami i każda ruszyła w swoją stronę. Nerwowo się rozglądając pokonałam dwa piętra i weszłam do gabinetu Colena. Siedział tam jak gdyby nigdy nic.
-Mogę w czymś pomóc? – uśmiechnął się dobrotliwie, a we mnie wszystko aż się skręciło. Zaprowadzę go na spotkanie ze śmiercią.
-Tam… tam… trzeba iść proszę pana – bycie zdezorientowaną i przerażoną chyba weszło mi w krew, bo nie miałam żadnych problemów by taką udawać.
-Co się stało? –podszedł do mnie.
-Szybko… ona potrzebuje pomocy…- złapałam go za nadgarstek i pociągnęłam na korytarz.
-Pójdę z tobą. Ale uspokój się i powiedz co się stało.
Zaczęłam opowiadać z prędkością światła zmyśloną historyjkę, z której on – wnioskując po jego minie – nie zrozumiał ani słowa.
-Dobrze, chodźmy – przerwał mi.
 Pociągnęłam go w stronę wyjścia z budynku. Już za późno by zmienić cokolwiek. Jak bym nie chciała… już nic nie da się zmienić.
-Jak się czujesz? – zapytał, gdy byliśmy przy drzwiach.
Nie odpowiedziałam. Byliśmy przed budynkiem. Puściłam jego nadgarstek i odsunęłam się.
-To gdzie… -zaczął, ale Lad wszedł mu w słowo:
-Tutaj.
I nastąpił koniec. Dosłownie światło zgasło, a ja zostałam sam na sam z dziwnym służącym.
-Zabolało mnie to, że mnie nie poznałaś – powiedział. – Dawałem ci tak wyraźne wskazówki. Do tego w swojej nowej postaci umieściłem tak wiele elementów poprzedniej. Cechy wyglądu, charakteru. Zadowalające jest to, że chociaż odczuwałaś to podobieństwo.
-Co? O co ci chodzi?
-Szkoda, że nie jesteś prawdziwa. Polubiłem cię – wyciągnął serwetkę z kieszeni fraka i potarł nią ten dziwaczny wąsik na francuską modłę, a on… zniknął.  – Ale to dowodzi, że nasz eksperyment się powiódł. – zdjął okulary i wstał.
Nagle światło się zapaliło i zobaczyłam wokół mnie mnóstwo znajomych twarzy. Ladislausa, Colena, Lily, Kate, Mello… nawet Teresę. Jak to możliwe?
Spojrzałam ponownie na dziwnego  służącego. Stał przede mną jedynie w koszuli i spodniach, cała reszta gdzieś zniknęła.
-R-robert… - wyszeptałam zszokowana.
Pokiwał głową.
-Ale i tak gratuluję – rozejrzał się po czym zwrócił się do wszystkich. – Eksperyment zakończony sukcesem! Dziękuję wszystkim za ciężką pracę. Przedstawimy to – wskazał na mnie. – Na konferencji naukowej w Berlinie. Po wielu latach stworzyliśmy sztuczną inteligencję zdolną myśleć jak człowiek, kochać jak człowiek i wyglądać jak człowiek. Obiekt 3452 jest pierwszym sztucznym człowiekiem!
Wszyscy się cieszyli i śmiali, ale ja wciąż nie rozumiałam. Jak to sztuczna inteligencja? Jak to sztuczny człowiek? Jestem prawdziwa… urodziłam się, dorastałam… miałam rodzinę i przyjaciół! Jestem prawdziwa!
-Nie kochanie, nie jesteś – Robert znów skierował na mnie swoją uwagę. – Ale to, że nie potrafisz w to uwierzyć to kolejny dowód, że nam się udało. Wszystkie zdarzenia, zarówno te prawdziwe jak i fantastyczne miały dowieść twoich ludzkich emocji i zachowań.
Z tłumu wyszła Teresa i zawołała donośnym głosem:
-Wyłączyć obiekt 3452!
-Odłączam zasilanie obiektu 3452 – powiedział jakiś metaliczny głos.
-Tak kochanie – Robert uśmiechnął się do mnie. – Jesteś na baterie. Do zobaczenia na konferencji w Berlinie.
Widziałam jak rusza ustami, ale nic nie słyszałam. Mój wzrok się zamazał. Jedyne co miałam w głowie to pytanie:
Czy ja jestem prawdziwa?
-Misa, pobudka! – mama?

A może mi się to tylko śni?



BAM! Jest koniec. Trochę się wzruszyłam pisząc ostatni rozdział. Mam nadzieję, że spodobało wam się zakończenie. I ogólnie całe opowiadanie. 
Skoro to ostatni rozdział to mam do was prośbę: skomentujcie. Chcę wiedzieć ile osób w rzeczywistości to przeczytało. 
Już myślę nad kolejnym, o zupełnie innej tematyce.
A jak tam początek roku? Macie luz, czy już was zawalają toną pracy domowej? U mnie (niestety) to drugie :/
Pozdro ^^

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 21 "Ostatnia godzina"

Czy uwierzyłam Ladislausowi w te wzruszające przemówienie? Nie. Nie ufam ani jemu, ani Colenowi. Każdy z nich ma swoje racje i swoje winy. Żebym nagle otworzyła serce na któregokolwiek z nich musiał by się wydarzyć cud. Coś w stylu: "jest niewinny", "naprawdę żałuje" albo "mam rozdwojenie jaźni, to wina tego drugiego ja". Chociaż... nie, "naprawdę żałuję" już słyszałam i jakoś mnie nie przekonało. Nie mniej, po którejś stronie musiałam stanąć. Za dużego wyboru nie miałam, uciekłam od Colena, a od Stokrotki raczej nie prędko (jeśli w ogóle) się wydostanę. Po za tym, Ladislaus to moja rodzina. Nawet jeśli nie pałam do niego miłością. Dochodzi do tego fakt, że Lily i Kate, nie opuszczą go, zwłaszcza po "wielkim pojednaniu". A ich nie zostawię.
W planach Stokrotki mieściły się dwie rzeczy - spektakularna zemsta i zejście z tego świata z przytupem. Postrach kilku ostatnich stuleci nie ma zamiaru odejść bez wielkiego finału krwawego show, którym uczynił swoje życie. A jego siostry nie miały nic przeciwko, póki nie ucierpią przez to niewinni ludzie. Stokrotka się z nimi zgadza. Mam jedynie wrażenie, że ich pojęcie znaczenia słowa "niewinny" nieco się różni...
-Siostrzyczko! - do mojego pokoju wpadł Mello. Gdy tylko dowiedział się, że będę z nimi mieszkać, był wyraźnie ucieszony. I zostałam jego trzecią siostrzyczką, która "nigdy go nie opuści". Choć patrząc na moje życie, słowo "nigdy" wydaje się tracić na znaczeniu.
-Hmm? - zerknęłam na niego.
-Nudzi mi się! Pograjmy w coś! - wykrzyknął. Nie żeby mi to przeszkadzało (cholernie mnie zabolało, ale cii nic się nie stało) wprost do mojego ucha.
-Paniczu Mello... - do pokoju wpadła zdyszana niańka chłopca.
Gdy tylko chłopiec znalazł się w zasięgu jej wzroku, oparła ręce na ugiętych kolanach i zaczęła uspokajać oddech.
-Nie wolno... przeszkadzać... panience... - dyszała.
Dość śmieszny widok. Mi udało powstrzymać się niestosowny śmiech, niestety Mello nikt nie nauczył jakichkolwiek norm społecznych i chłopak wybuchnął niepohamowanym rechotem (nie ukrywam, najładniejszego śmiechu to od nie ma).
-Mello! Nie wolno się śmiać z innych! - zbeształam go.
Chłopiec natychmiast przestał się śmiać, a jego oczy wypełniły się łzami. Niania rzuciła mu zalęknione spojrzenie i rozpoczęło się kolejne przedstawienie, które Mello urządzał kilka razy dziennie, codziennie, przez kilka ostatnich dni.
-Misia... Misia jeśt na mnie śła? - wydukał, szlochając. - Misia jeśt śła!
-No już - mruknęłam niechętnie. - Uspokój się. Nie jestem.
-Misia nie bąć na mnie śła!
W takich chwilach działało na niego tylko jedno. Trzeba było go przytulić i zapewnić, że jest najwspanialszym dzieckiem na świecie (chociaż już dawno nie jest taki mały. Jest dużo starszy ode mnie!). Podstępny szantażysta.
-Braciszek cię woła – powiedział w końcu, gdy udało mi się go uspokoić.
-Ach tak? Czego chce?
-Noo… - Mello zmarszczył brwi. – Tego nie usłyszałem, ale… zaraz tu przyjdzie ten dziwny pan i ci powie.
-W takim razie ty już lepiej idź z nianią do siebie, dobrze? Będzie źle jeśli się wyda, że podsłuchiwałeś – chłopiec pokiwał z powagą głową i podbiegł do opiekunki, złapał ją za rękę i szybko wyciągnął z pokoju.
Dziwny pan… nie za wiele mi to pomogło, tutaj nikt nie jest normalny! Choć personelu też nie ma tu za dużo. Niania, Light, ten chłopak, którego imienia ciągle zapominam i pomoc domowa. W sumie cztery osoby. Kobiety odpadają. Tamtego chłopaka praktycznie nie widuję... Lighta też nie. Unika mnie jak się da. Czyżby było mu wstyd za to co zrobił?
Wstałam, gdy usłyszałam kroki po drugiej stronie drzwi.
-Mogę wejść? – usłyszałam nieznany głos.
-Tak – mruknęłam pod nosem, wiedząc, że i tak usłyszy. Z jakiegoś powodu tutaj wszyscy mają super czuły słuch.
To co zobaczyłam, nie do końca pokrywało się z tym co chciałam zobaczyć. Wysoki, blady mężczyzna, z burzą czarnych loków na głowie (sięgały mu do szyi). Wąsik na francuską modłę i brzydkie okulary z grubymi szkłami. I nie zapominajmy o garniturze. Elegancki, czarny frak, śnieżnobiała koszula, mucha i wypolerowane buty.
Szybko odwróciłam od niego wzrok, by nie wybuchnąć śmiechem. Wszyscy, włączając w to służbę, zawsze byli ubrani w normalne, codzienne ubrania. Nic ich nie wyróżniało spośród domowników. (Może oprócz niani Mello. Ona zawsze była czerwona i zdyszana.) A ten tutaj… zupełnie jakby się urwał z jakiejś niebywale eleganckiej restauracji.
-Pan Ladislaus oczekuje panienki w swoich pokojach – zaskrzeczał nisko.
-Dobrze, zaraz do niego pójdę – mruknęłam, wciąż nie patrząc na mojego rozmówcę.
-Sprawa dotyczy dawno niewidzianej twarzy – kontynuował. – To spotkanie będzie jak… powrót po latach do wszystkiego co najlepsze w życiu.
-Dobrze. Zaraz pójdę – powtórzyłam, podchodząc do szafy.
-Chodzi o to, że… - chciał tłumaczyć dalej jak wspaniałe będzie to spotkanie, ale miałam go już dość. Naprawdę, żeby tak wyglądać i mieć do tego tak okropny głos…
-Zaraz pójdę do Ladslausa! – uniosłam się. – A ty możesz już wyjść!
Co to życie ze mną robi? Rok temu w życiu nie krzyknęłabym na kogoś. Zwłaszcza, gdy owy ktoś zwraca się do mnie per „pani”.
-Oczywiście, panienko. - niezadowolony zacmokał i wyszedł.
Gdy tylko jego kroki ucichły na korytarzu, skierowałam się w stronę drzwi, delikatnie je uchyliłam i rozejrzałam się. Pusto. Można spokojnie wyjść.
Pokój Lada znajduje się na drugim końcu domu, więc za każdym razem, gdy do niego idę, muszę się porządnie zmęczyć. Jogging z głowy.
Gdy już stałam przed drzwiami do pokoju Ladislausa, do głowy przyszło mi pytanie, które powinnam sobie zadać dużo wcześniej: Czego on ode mnie chce?

Ladislaus chciał się podzielić ze mną, Lily i Kate swoim wspaniałym planem. Lily nie wyglądała na przekonaną, ale Kate niemal skakała z radości. Jej oprawca, po latach, miał zostać ukarany. Na jej miejscu też bym się cieszyła.
-A ty, Misa? Co o tym sądzisz? – spytał, gdy dziewczyny wyraziły wszystkie swoje za i niemal przeciw.
-Dla mnie brzmi ok. – wzruszyłam ramionami. Nigdy nie miałam głowy do planowania takich rzeczy.
I w ten sposób plan został zatwierdzony i wprowadzony w życie. Jego realizacja miała rozpocząć się za tydzień - 15 września.
Przez ten tydzień, śmieszny służący we fraku nachodził mnie co najmniej kilkadziesiąt razy. W ciągu jednej z jego wizyt, gdy teatralnym gestem zdjął okulary, uświadomiłam sobie, że przypomina mi Roberta. Włosy, oczy, cera, wzrost, a nawet ten dziwaczny głos – to wszystko miało w sobie coś z Haldera. Łatwo zgadnąć, że od tamtej pory żadna z jego wizyt nie przyprawiała mnie o śmiech a o płacz. Ale przynajmniej udawał, że tego nie widzi.
Mello też często do mnie wpadał. Jego napady płaczu zdarzały się coraz rzadziej, raz czy dwa mogłam z nim nawet normalnie porozmawiać. Kate z kolei nie widywałam w ogóle. Razem z Ladislausem zajmowała się przygotowaniami „wielkiej zemsty”. Lily cały czas spędzała w swoim pokoju. Lighta też nigdzie nie było. W sumie to Mello i służący we fraku byli moim jedynym towarzystwem.
-Jak się czujesz z tym wszystkim? – spytał któregoś dnia. – Cała ta zemsta… wierzysz w to?
-Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Lad, Lily i Kate są moją rodziną. Rodzina trzyma się razem.
-Czyli chcesz tej zemsty ze względu na nich? – dociekał tym swoim skrzeczącym głosem.
-Nie to nie tak. Colen zasłużył na to co dostanie – mruknęłam.
Nigdy jednak nie podzieliłam się z nim swoimi wątpliwościami. Gdzie jest Mike? Co się z nim stało? Dlaczego tylko Colen miał być ukarany? Co się stało z jego bratem? Umarł? Czy żyje? Skoro Colen tak bardzo skrzywdził Kate, to dlaczego Lily nie jest zadowolona, choćby ze szczęścia siostry? Dlaczego wszystko co zrobił Ladislaus poszło w niepamięć po jednej, wzruszającej rozmowie, która przecież nie wyjaśniła tak dużo? Żadna miłość nie może być aż tak bezwarunkowa.
-Więc co cię martwi?
Nie odpowiedziałam. Kolejny raz wzruszyłam ramionami i zapatrzyłam się w okno. Co mnie martwiło? Teresa. Umarła dla mnie. A ja koniec końców sprzymierzyłam się z tym, przed czym ona próbowała mnie ochronić. Zrobiłam jej największe świństwo - pozwoliłam by umarła na próżno.
















BAM BAM BAM! Jeszcze tylko jeden rozdział do końca :/ jest już napisany, wstawię go w piątek i żegnam się z historią Misy :/
+ pytanie: chcecie żebym wstawiła tu opowiadanie „Śmierć za życia” z mojego poprzedniego bloga?
Miłego ostatniego dnia wakacji :D

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 20 "To nasz koniec"

Gdy otworzyłam oczy leżałam na dużym, wygodnym łóżku przykryta czerwoną kołdrą. Przetarłam twarz i podniosłam się do siadu. Przez szpary w żaluzjach wpadały pierwsze promienie słońca.
Skąd się tu wzięłam? Ostatnie co pamiętam to przyjście Lighta i Alexa… nie. Lecieliśmy samolotem… rozmawiałam z Lightem… zasnęłam. Nie chciałam iść spać, nie chciałam być spokojna, ale coś uniemożliwiło mi inne reakcje. Pewnie coś mi wstrzyknęli. W tej chwili to nieważne. Najprawdopodobniej jestem w domu Ladislausa. Kate i Lily pewnie też gdzieś tu są. 
Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Light.
-Dwanaście godzin – uśmiechnął się. – Punktualnie co do minuty.
Nie mam zielonego pojęcia o czym on pieprzy.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć – kontynuował, nie zwracając uwagi na mój brak reakcji.
-Gdzie jest Lily i Kate? – to było jedyne co przyszło mi do głowy.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislausem.
-To nie jest odpowiedź na moje pytanie – wytknęłam mu.
-Wszystkie spotkacie się z panem Ladislusem – powtórzył.
-Gdzie jest Lily i Kate? – przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał jak zawsze. Nie różnił się absolutnie niczym. Nawet… jego ubrania były tymi, które miał na sobie przy naszym pierwszym spotkaniu.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Gdzie on jest?
-Czeka na ciebie.
-Dlaczego? – w mojej głowie rozdzwonił się alarm. To nie było normalne. Zachowywał się jak maszyna.
-Pan Ladislaus chce cię widzieć.
-Dlaczego? – z nerwów zaczęło robić mi się niedobrze.
-On… - zaczął niepewnie. – On… chce… - urwał. – Czeka na ciebie – dokończył bezbarwnym tonem, a ja jęknęłam z frustracji.
Co miałam zrobić w takiej sytuacji? Wygrzebałam się z pościeli i opuściłam pokój w towarzystwie Light’a.
Z mijanych pomieszczeń rozpoznałam jedynie jedno - pokój, w którym umarła Teresa. Drzwi, jakby specjalnie, były rozwarte na oścież. Na łóżku leżała ta sama pościel. Różne, z pozoru niegroźne przedmioty, wciąż leżały porozrzucane na podłodze. Nawet krew... nadal barwiła podłogę. Zaschnęła i pociemniała, ale z pewnością była tą samą krwią.
-Misa, musimy się śpieszyć - ponaglił mnie Light. Dopiero jego głos uświadomił mi, że się zatrzymałam. Szybko odwróciłam głowę od ponurego widoku i przyśpieszyłam. Nie chciałam widzieć miejsca, w którym zaszła we mnie nieodwracalna zmiana. Miejsca, w którym zabiłam.
W końcu blondyn wprowadził mnie do ogromnego salonu. Sufit ginął w ciemnościach, a pomieszczenie było oświetlone jedynie buchającymi z kominka płomieniami. Naprzeciwko stały duże fotele, sponad których wystawały jedynie czubki głów. Light podszedł do osoby siedzącej najdalej od ognia, ukłonił się, a następnie odszedł w róg salonu i stopił się z cieniem.
Niepewnie podeszłam bliżej kominka.
-Dobrze cię znowu widzieć, Misa - stwierdził znajomy głos. Zdębiałam. Ladislaus. On żyje. Chociaż wiedziałam o tym wcześniej, dopiero teraz, znajdując się tak blisko niego, mogłam poczuć pełen strach płynący z tego faktu.
-Usiądź - posłusznie wykonałam polecenia.- Cieszę się, że jesteś w tak dobrym stanie, zważywszy na to, że Colen szuka cię po całym świecie.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo raczej "dzięki, też się cieszę, że jednak cię nie zabiłam" nie jest najlepszą opcją. Na szczęście w tym momencie do pokoju ponownie ktoś wszedł, więc byłam, chociaż na chwilę, uwolniona od odpowiedzi.
-Ach, a oto i moje drogie siostrzyczki! - zawołał Ladislaus i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Odwróciłam się.Za nami stały Lily i Kate, Obie dziewczyny patrzyły na Ladislausa jak na przybysza z obcej planety.
-Lad... - powiedziała cicho Kate, jak gdyby chciała się upewnić, że to on.
-Oczywiście, że ja! A któż by inny?!
W tym momencie w oczach Lily zalśniły łzy. Nie zwracając na nikogo uwagi podbiegła do mężczyzny i z całej siły go przytuliła.
-Też cię cieszę, że was widzę - mruknął Ladislaus i odwzajemnił uścisk. Zupełnie jakby był inną osobą. Jak gdyby był zwykłym chłopakiem, który stęsknił się za rodziną.
-O co w tym wszystkim chodzi, Lad? - spytała Kate niepewnie. Cała jej siła, którą tak podziwiałam gdzieś zniknęła. Co jest zrozumiałe. Wszyscy, jakby na to nie patrzeć, jesteśmy rodziną. Kate nie musi nikogo bronić. Nie ma jak.
-Mógłbym zadać wam dokładnie to samo pytanie - Ladislaus odsunął się od Kate. - O co w tym wszystkim chodzi?
-Żartujesz sobie? To ty nas tu ściągnąłeś! To twoi ludzie nafaszerowali nas czymś po drodze! - w jej oczach pojawił się znajomy błysk.
-Zło konieczne - wzruszył ramionami.
-Ty sobie kpisz?! Zło konieczne? Więc tak to się teraz nazywa?! - w tej chwili dla tej dwójki nie istniał świat zewnętrzny. Byli tylko oni i ich kłótnia.
-Tak, ja... - urwał.- Nie sprowadziłem was tutaj by się kłócić.
-Sprowadzić to ty sobie możesz ryż z Japonii! - warknęła Kate. 
Nagle Lily złapała Ladislausa za rękę i pociągnęła w stronę Kate. Ją też złapała za rękę.
-Nie kłóćcie się - poprosiła cicho. 
-Kate, ja,.. chcę wyjaśnić całą tę sprawę. Moje przyrzeczenie i... całą resztę - mruknął Ladislaus.
-W takim razie słucham.
Nie mam pojęcie co Lily im zrobiła, ale poskutkowało. Cudotwórczyni.
-Usiądźmy - westchnął Ladislaus. - To nie będzie krótka historia.
Po raz pierwszy zobaczyłam w nim to wszystko co przeżył. Zmęczony głos, zmartwiony wyraz twarzy... nawet się przygarbił - to była zupełnie inna strona Ladislausa, niż ta, którą miałam przykrość poznać.
-Ten jeden raz Colen przekroczył granicę. Przez te wszystkie lata nie ingerowałem w to co robi, nie ukarałem go tak jak jego brata, a to wszystko przez sympatię jaką do niego żywiłem. Wybacz mi Kate - spojrzał na dziewczynę. - Powinienem skręcić mu kark setki lat temu.
-Tak - zgodziła się z nim sucho - powinieneś.
-Tamtego dnia, gdy wróciłem do domu, a was nie było - pokręcił głową. Myślałem, że umrę. Nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałyście mi odebrane. Przysiągłem was chronić i zawiodłem - z jego gardła wydobył się szloch. - Nie pomściłem was! Jedyne co mogłem zrobić to dopełnienie przyrzeczenia.
-Jakiego przyrzeczenia? - oczy Lily rozszerzyły się ze strachu.
-Przyrzekłem was chronić. Byłem gotów zapłacić każdą cenę byście żyły. Nawet jeśli oznaczało to, że znienawidzicie mnie na resztę życia.
-Lad, coś ty zrobił?
-W zamian za nasze życia, przez te wszystkie lata zabijałem wszystkich potomków naszej rodziny. By utrzymać równowagę. Krew za krew. Życie za życie - mówił coraz ciszej.
-Dlatego mnie porwałeś? Chciałeś.. chcesz... mnie zabić? - spytałam.
To miało sens. Moje życie w zamian za ich przetrwanie.
-Chciałem póki nie spotkałem cię osobiście. Jesteś jedną z ostatnich, Misa - wyjaśnił. - Teoretycznie rzecz biorąc zabicie cię jest całkiem logiczne - powinnam uciekać już czy zaraz? - Przez cały czas, gdy cię obserwowałem, czułem, że jest coś z tobą nie tak.
-Dzięki - mruknęłam, na co on delikatnie się uśmiechnął.
-Jednak dopiero w Japonii zrozumiałem co. Jesteś anomalią, Misa.
-To, że różni się od innych nie znaczy od razu, że możesz ją nazywać anomalią! - oburzyła się Lily. Ok, tryb matczyny jej się włączył.
-Lily, strasznie matkujesz Misie. Nie zastanawiałaś się dlaczego? - Ladislaus spojrzał na mnie sugestywnie.
-Jest moją potomkinią! I wcale  jej nie matkuję. Po prostu się martwię! - odpowiedziała wzburzona.
-Wiem. Sęk w tym, że... jest też moją spadkobierczynią - oczy dziewczyn rozszerzyły się.
Czy tylko ja nie za bardzo rozumiem o co tu chodzi?
-Dokładnie. Misa, wbrew pozorom, jest ostatnia.
-Dobra, koniec tego! - wkurzyłam się. - Można trochę jaśniej?
-Misa, pochodzi w linii prostej od Lily i Lada. Każde z twoich rodziców było naszym potomkiem - wyjaśniła Kate. - A to oznacza, że ty jesteś ostatnia.
-Niby dlaczego? - zdziwiłam się. - Póki co wiem z tego tyle, że moi rodzice byli ze sobą spokrewnieni... fuj!
-Przysięga, którą złożyłem była wiążąca - powiedział Ladislaus. - Musiałem ją wypełnić za wszelką cenę. Inaczej żadne z nas nigdy nie zaznało by spokoju. Nasza nieśmiertelność to wynik układu, który zawarłem by dopełnić przysięgi. Przez to, że pochodzisz od dwójki z nas jesteś... hmm... - podrapał się po karku. - Jakby to delikatnie powiedzieć...
-Bezpłodna - wtrąciła Kate.
-Wiem, że jestem bezpłodna - mruknęłam.
Gdy w wieku czternastu lat nie dostałam miesiączki mama poszła ze mną do ginekologa. I wyszło szydło z worka...
-Skoro nie możesz mieć dzieci i jesteś ostatnią... nie ma sensu cię zabijać. To nasz koniec - dokończył Ladislaus, a ja czułam jak ulatuje ze mnie całe powietrze.




Po kolejnej długiej przerwie - nowy rozdział. Od razu mówię/piszę, że to tylko przez wakacje. Żadnych kryzysów twórczych!
Po za tym powoli zbliżamy się do końca opowiadania! 
I ostatnia sprawa: by łatwiej było szukać rozdziałów zrobiłam spis treści. To tyle (^.^)
Do następnego rozdziału!

PS. Niedługo szkoła (tak wiem, odkrywcza jestem xd) Cieszycie się?

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 18 "W rodzinnej atmosferze"

O dziwo, wciąż żyję. Kate, Lily i Mike zachowywali się jak żywe trupy, gdy wróciłam do domu. Jedyną reakcją na "nowinę" było stwierdzenie, że "później chętnie go poznają". A potem wszyscy poszliśmy spać. Ot, cała historia.
Odkręcanie wszystkiego zaczęło się dopiero w poniedziałek. 
-Co dokładnie mu powiedziałaś? - spytała po raz setny Kate.
-Wiem jedynie, że zna nasze prawdziwe imiona. A przynajmniej Lily - rzuciłam szybkie spojrzenie na siedzącą obok mnie dziewczynę. 
-Nie możesz stwierdzić z całą pewnością, że to jedyne co wie?
-Nie mogę! - jęknęłam. - I już nic z tym nie zrobię!
-Już, spokojnie - Lily zmierzyła Kate złym spojrzeniem i pogłaskała mnie po głowie.
Naprawdę zachowuje się jak moja matka. Strzepnęłam jej rękę i wstałam.
-Dowiem się co jeszcze wie. Zaprzyjaźnię się z nim. Upewnię, że nikomu nie powie - stwierdziłam.
-Na to liczę - odpowiedziała Kate, przecierając oczy. - Spotkasz się z nim jutro. A w środę zaczniesz chodzić do szkoły. Natomiast dzisiaj pojedziemy do fryzjera, kosmetyczki i gdzie tam jeszcze będzie trzeba. Lily nie może utrzymywać tej iluzji przez wieczności.
-Mhm - mruknęłam.
Ponieważ żadne z nas nie ma samochodu, Kate wezwała Guntera. Tym razem też był ubrany jedynie w czerń. (Zaczynam podejrzewać, że nie posiada nic innego w szafie.) Wszyscy wsiedliśmy i ruszyliśmy do Waszyngtonu. Może tym razem uda mi się coś zwiedzić?
-Lizzy - zwróciłam się do Lily - a jak tam w ogóle ten twój boy, hmm? Jak mu tam było...
-Alex- uśmiechnęła się. - Bawiliśmy się świetnie. Nie masz pojęcia jak on tańczy... - rozmarzyła się.
-Czekaj - wtrąciła się Kate. - Chcesz powiedzieć, że przez cały wieczór tylko tańczyliście?
-I trochę wypiliśmy. Ale bez obaw film mi się nie urwał - zapewniła z uśmiechem.
Kate spojrzała na nią zdegustowana.
-Czy to oznacza, że wy,,, 
-Nie - Lily pokręciła przeczącą głową. - Ale zaprosił mnie na randkę.
Kate jęknęła.
-Zakochała się - mruknęła niezadowolona.
-Co o nim wiesz? - spytałam rzeczowo.
-Jak to co? 
-Jak ma na imię?
-Alex.
-Nazwisko?
-Em...
-Ile ma lat? Chodzi do szkoły? Pracuje? Ma jakieś hobby? - obie dziewczyny patrzyły na mnie jak na przybysza z kosmosu. - No co? Jak można kochać kogoś kogo się nie zna?
-To miłość od pierwszego wejrzenia - zaperzyła się Lily. - Nie miałam jeszcze okazji by...
-Poznać tę swoją miłość? - weszła jej w słowo Kate.
-Czego się czepiacie! To wielka miłość! - szła w zaparte Lily.
-Mówisz jak księżniczka z bajki. Alex może być równie dobrze gwałcicielem, ale ty..
-Jesteśmy na miejscu - przerwał nam Gunter.
Wysiadłyśmy z samochodu i razem z Kate gapiłyśmy się na Lily, która rozczulonym spojrzeniem odprowadzała Guntera do najbliższego zakrętu. Kiedy samochód mężczyzny zniknął z pola widzenia dziewczyna wróciła do tematu:
-Wcale nie mówię jak księżniczka z bajki! Ja tylko...
-Kocham go nad życie - weszła jej w słowo Kate.
-Właśnie! A to zupełnie co innego!
-Jasne - Kate przekręciła oczami. - Dobra, chodźcie do tego fryzjera, czy gdzie tam mamy iść.


Umieram. Byłam u kosmetyczki, fryzjera i w tysiącach sklepów. Ja już nie chcę! Zerknęłam na zzipaną Kate. Ona chyba też ma dość...
-Lily, wystarczy! - jęknęłam.
-Jeszcze tylko... - zaczęła, ale Kate weszła jej w słowo:
-Misa ma rację. Jeśli chcesz łazić po sklepach, proszę bardzo. Nas znajdziesz tam - wskazała kafejkę parę metrów od nas. 
-Niech wam będzie. Wracam za chwilkę! - i już jej nie było, a my ślimaczym tempem ruszyłyśmy w stronę budynku.
Zajęłyśmy stolik w kącie i złożyłyśmy zamówienia. Ale co najwspanialsze - usiadłyśmy. A moje nogi krzyczały o to już kilka godzin.
-Skoro mamy teraz chwilę spokoju - zaczęłam. - To powiedz mi, czemu Lily tak dziwnie reaguje na Guntera, co?
-Ehh... sam Gunter nie ma z tym nic wspólnego. Może tyle, że wygląda jak jego dziadek, którego Lily "szczerze" - tu Kate pokazała cudzysłów - kochała. Mieli krótki romans, potem utrzymywali kontakt listowny. Nigdy więcej się nie spotkali - wzięła głęboki wdech. - Oczywiście głównie dlatego, że jesteśmy nieśmiertelne. Ale Lil dbała o nich przez te wszystkie lata. Teraz wreszcie ma okazję poznać swojego syna i wnuka. Wobec ciebie zachowuje się dokładnie tak samo. Zresztą, nie trudno zauważyć, że bardzo troszczy się o rodzinę.
-Tak, ale... Lily ma dziecko?! - tego się nie spodziewałam.
-Niejedno. Jest bardzo kochliwa i co drugi facet jest jej "prawdziwą miłością" - zniesmaczona mina Kate dobitnie pokazywała co ona o tym sądzi.
Do stolika podszedł kelner i podał nam nasze zamówienia - po czekoladowym capucchino i kawałku szarlotki. Chwilę po nim dołączyła do nas Lily.
-Kupiłam śliczne kolczyki! - pomachała najmniejszą torebką. - A wy laski? O czym gadałyście?
Zakupy bardzo podwyższyły jej humor.
-O tobie - powiedziała jak gdyby nigdy nic Kate,
-Doszłyście do jakichś wniosków?
-Tylko do jednego: cieszymy się, że cię mamy w rodzinie. Bez ciebie było by zbyt nudno - Kate poczochrała jej włosy. Widok komiczny.
Ale z jednym nie mogę się nie zgodzić. Dobrze mieć Lily w rodzinie. I Kate też. Bo są jedynym co w tej chwili mam... 
-Dziewczyny - olśniło mnie - nie chcę niszczyć pięknych chwil, ale... gdzie jest Mike?
Kate zaczęła przeklinać pod nosem, a Lily panicznie się rozglądać.
To chyba koniec rodzinnej atmosfery.

Hej :D w przyszłym tygodniu nie pojawi się nowy rozdział. Wyjeżdżam i nie będę miała możliwości go napisać. 
Do następnego!