wtorek, 30 czerwca 2015

Rozdział 16 "Niespokojna noc"

-Misa, kochanie, pobudka.
Otwieram oczy. Nade mną stoi mama. Słońce wlewające się do pokoju razi mnie w oczy.
-Misa, śpiochu! Spóźnisz się do szkoły!
Zmuszam się by otworzyć oczy. Jestem w swoim pokoju. Na szafce nocnej stoi budzik - wskazuje szóstą trzydzieści. Na biurku leżą równo ułożone książki i pojemnik z drugim śniadaniem. Ubrania, przygotowane do szkoły wiszą na drzwiach od szafy. Wszystko jest dokładnie takie samo jak zawsze.
-Mama? - patrzę na kobietę. Wygląda zupełnie jak ona! Ta sama burza jasnych loków i niebieskie oczy wokół, których uwidaczniają się zmarszczki mimiczne. Ma na sobie biały szlafrok w granatowe paski i pachnie perfumami, których zapach towarzyszy mi odkąd pamiętam.
-A któż by inny? - śmieje się tak wesoło i szczerze, że ja też mam ochotę się uśmiechnąć.
Wstaję z łóżka i idę się umyć. Potem siadam do stołu - pomiędzy mamą i tatą. Ona nadal się nie ubrała, ale on już jest w garniturze. Je szybko, jak zawsze zaspał i boi się, że się spóźni. Zaczynam jeść płatki z mlekiem. 
-Ja będę już zmykał - mówi zerkając na zegarek. - Powodzenia, bawcie się dobrze! - chce już wychodzić, ale mama jak zwykle poprawia niechlujnie zawiązany krawat.
W przyjaznej ciszy kończymy śniadanie i idę się ubrać. Granatowa sukienka na krótki rękaw i baleriny. Ładne, ale niewyróżniające się ubranie. Pakuję stos książek i drugie śniadanie do plecaka. Żegnam się z mamą i wychodzę do szkoły.
Do domu wracam w pośpiechu.
 Boję się.
Nie zdążę!
Przed czym? 
Coś się wydarzyło... coś złego.
Biegnę.
Syreny strażackie.
Jestem tuż za rogiem.
Krzyczę.
***
Obudziłam się zlana potem. Po raz pierwszy przyśnił mi się dzień, w którym zaczęło się to całe szaleństwo. I nie było to przyjemne. Od tamtej pory w moim życiu wciąż coś się działo. Nie miałam ani chwili spokoju. 
Rozejrzałam się. W pokoju było ciemno, zegarek wskazywał trzecią w nocy. Powinnam iść spać, ale jakoś mi się ta opcja nie uśmiecha. Nie ma się co dziwić po wrażeniach jakie zafundował mi mój mózg.
A skoro i tak nie mam nic ciekawego do zrobienia mogę równie dobrze... i  w tym momencie do mojego pokoju wpadł Mike i Kate.
-Misa! - warknął Mike. - Czy to prawda, że Lily umówiła się na randkę?
I to jest powód dla którego przyłazicie mi do pokoju o trzeciej nad ranem?
-Cóż... - ziewnęłam pretensjonalnie. - Jeśli to jest randka to nietypowa, bo i ja, i Kate jesteśmy zaproszone. I jakiś tabun ludzi. Jakiś kumpel tego faceta, który zaprosił Lily to organizuje. Czy jakoś tak.
-Mówiłam ci, że to nie jest randka! - warknęła wściekła Kate.
-Nie było cię tam! Skąd możesz wiedzieć?! - odparował Mike.
-Może z nią rozmawiałam idioto?! Musiałeś stawiać cały dom na nogi przez swoje dyrdymały?!
Nie żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, czy coś, ale Mike jest cholernie zazdrosny o Lily. Mylę się? Coś przegapiłam? 
-To nie są dyrdymały! On ją zaprosił na randkę na imprezę! I ten.., Alex, czy jak mu tam... nie jest odpowiedni dla Lily. Przecież nic o nim nie wie! Równie dobrze może być seryjnym mordercą! - wykrzyknął Mike wymachując rękami. 
Cudownie. W środku nocy dowiaduję się, że mężczyzna z którym mieszkam pod jednym dachem od kilkunastu, raptem, godzin, jest zazdrośnikiem i cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę jak z "House'a". Czego chcieć więcej od życia, co? 
-Skąd o tym wiesz?! Przecież nawet go nie znasz! Nie możesz dać spokoju wszystkim, chociaż na noc? - ze wściekłości Kate niemal zaczęła toczyć pianę z ust.
Wścieklizna, nie ma co.
-No właśnie! Nie znam go! Tak samo jak Lily! - Mike założył ręce i uśmiechnął się zwycięsko. Kate wydała z siebie nieartykułowany dźwięk.
-Mam dość. Mike, jest środek nocy, chcę spać - stwierdziła i wyszła.
-Jakbyś naprawdę potrzebowała snu! - mruknął ze złością Mike i ruszył w ślad za dziewczyną, wcale się nie przejmując moją zdezorientowaną osobą.
Jakim cudem do tej pory nie obudzili Lily?!
Po chwili usłyszałam wrzask gdzieś na dole:
-Kate, do diabła! Nie ignoruj mnie!
Potem coś trzasło.
Zapowiada się długa noc. 




wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 15 "Cisza"

Jak według was wygląda przepis na idealny absurd? Albo komedię? Kiedyś rozważałam karierę pisarską, ale wobec mojego braku talentu i stanowczych sprzeciwów rodziców (dokładniej mamy, która zdusiła ten pomysł w zarodku) zrezygnowałam. To nie tak, że teraz myślę do tego wrócić. Nie, już mówiłam, że nie mam talentu. Ale przyszło mi do głowy, że gdybym chciała to moje życie przypomina każdy gatunek. Wystarczy przedstawić to w odpowiednim tle. Przykładowo, gdyby w tle puszczać na przemian "Bring me to life" Evanescence i "So cold" Ben Cocks'a wypadła by z tego smutna historia przeplatana beznadziejną akcją. Ale gdyby podkładem było by coś w zupełnie innym, wesołym stylu, wyszła by opowieść o niezbyt rozgarniętej nastolatce, która ma co i rusz robi coś głupiego... chowanie się przed Ladislausem, potem te wydarzenia w Japonii, powrót do Anglii i ucieczka... jaki w tym wszystkim sens? Patrząc z perspektywy czasu - gdzie w tym jakakolwiek analogia? 
-Hej, ziemia do Misy! Eee... to jest do Evelyn...emm... do ciebie, no! - ręka poruszająca się z prędkością światła i męski głos to chyba przypomnienie, że moje rozważania zaszły za daleko, prawda? Bo tak w gwoli informacji stwierdzam, że jedziemy do nowego domu. Gdyby ktoś chciał wiedzieć.
-Co jest?
-Rozumiem, że polubiłaś ten samochód - zaczął całkiem poważnym tonem. -Jeśli będziesz chciała, to jestem pewien, że możesz zamówić sobie go na bliżej nieokreślony czas i za odpowiednią opłatę pan taksówkarz zrealizuje twoje zlecenia, ale póki co, musisz wysiąść. 
Poważny ton i dziwaczna treść dały komiczny efekt. Przynajmniej dla mnie, bo gdy ja wybuchnęłam śmiechem nie dołączył do mnie nikt z wyjątkiem Mike'a. Całą reszta patrzyła na nas jak na dwójkę idiotów. Prócz Lily. Ona chyba widziała rozczulających idiotów. Ale mniejsza. 
Gdy w końcu udało nam (czyt, mi) wysiąść nadszedł czas na oglądanie domu. Z zewnątrz wyglądał zwyczajnie. Ot, pomalowane na nijaki kolor ściany i ciemny dach. Dwa piętra, kilka okien, drzwi frontowe. Za to w środku - zupełnie inny wymiar! Nie powiem, że wyglądał jak wyjęty z najnowszego numeru magazynu dla bogaczy, ale raczej nie o to w tym chodzi, nie? Całość sprawiała przytulne wrażenie. Pozorowała bezpieczeństwo - coś za czymś tęsknie od dawna, 
-I jak wam się podoba? - spytała Lily, by przerwać napiętą ciszę. W jej głosie brzmiało zdenerwowanie.
-Jest ok, sis. Spisałaś się - gdy Kate wypowiedziała te słowa Lily wyglądała jakby uszło z niej powietrze. - Następnym razem się tak nie spinaj. Wybór domu to nie wyrok.
-Przecież wiem! - parsknęła nerwowo dziewczyna w odpowiedzi.
Później było trochę słownych przepychanek i niemal doszło o rękoczynów (Mike bardzo chciał zająć pokój gościnny, a Kate bardzo tego NIE chciała), ale nic wartego uwagi. Każdy rozszedł się do pokoju w celu krótkiego wypoczęcia i rozpakowanie plecaka. 
Mi osobiście była potrzebna chwila na opadnięcie napięcia. Bo w końcu udało się! Uciekłyśmy, nikt nas nie gonił, nie złapał, nie szukał. Może na prawdziwą radość jeszcze za wcześnie, a co do tego czy nie rozesłali za nami listów gończych to jeszcze nie wiadomo, ale sam fakt, że póki co nie idzie najgorzej (z chłopakiem z drogi poradziłam sobie dość szybko, więc nie uznawajmy tego za wielki problem) jest motywujący.I jednocześnie niepokojący. Colen ma mnóstwo ludzi i możliwości. Gdyby chciał już dawno siedziałybyśmy z powrotem w swoich pokojach w ośrodku. Ale nie. Nikt nawet nie próbował nas zatrzymać. Co jest nielogiczne biorąc pod uwagę jawny sprzeciw Colena na tego typu rozwiązania. 
To wszystko... od wejścia do samochodu Mike'a do teraz... przypomina czekanie na najgorsze. Minę ukrytą w ziemi. Może wybuchnąć w każdej chwili, a my nie mamy pojęcia gdzie ona jest i jak się bronić. A przynajmniej ja nie mam zielonego pojęcia. Nie mogę przecież zatrzymać czasu i postąpić ze wszystkimi jak z Ladislausem. Nie jestem rasowym mordercą. 
Rozpakowałam tę garstkę rzeczy, które miałam. Notes Roberta schowałam na dnie szuflady, tak by nie natknąć się na niego przypadkiem. Kilka sztuk ubrań trafiło do niezbyt dużej szafy i po rozpakowywaniu się.
Co teraz ze mną będzie? Co z Kate, Lily i Mike'iem? Nie mogę przecież wiecznie uciekać. Po prostu tak się złożyło, że ten rok jest wyjątkowo burzliwy i wszyscy stwierdzili, że utrudnianie mi życia to bardzo przyjemne zajęcie. Nie mogę jedynie zrozumieć motywacji Colena. Dlaczego chciał żebym została w ośrodku? Wcześniej, przed ucieczką (acha, znowu to słowo) do Japonii był zupełnie inny. Dbał o mnie, chciał żebym przystosowała się do nowej sytuacji, wyszła na prostą. Więc dlaczego tak się zmienił..?
Cholera, odkąd Ladislaus wparował w moje życie wszystko jet inaczej! Wytrzymał mnie na tym świecie siedemnaście lat, nie mógł wstrzymać się jeszcze trochę?! Po cholerę mu to było?!
-Misa, Kate pyta czy... - do pokoju wparował Mike. - Dlaczego płaczesz?
-Hę? - uniosłam głowę i po policzkach pociekły mi łzy. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. - Nie to nic.
Otarłam oczy.
-O co pyta Kate? 
-Nie, nie! Do tego zaraz wrócimy! - usiadł obok mnie. - Najpierw powiedz mi dlaczego płaczesz!
-To nic - machnęłam ręką i uśmiechnęłam się. Jednocześnie  poczułam, że kolejne łzy szklą mi oczy. - To... naprawdę... nic...
Pięknie! Powyję się teraz i Mike będzie mnie pocieszał. I przy okazji wszystkiego się dowie. Boże, dlaczego mi to robisz? Bo to nie tak, że jestem beksą. Może to tak wygląda, ale nie. Jedni ludzie pod wpływem stresu, zdenerwowania czy złości krzyczą, inni kopią i gryzą. A ja płaczę. Taka reakcja stresowa. Chociaż w moim przypadku to już może podchodzić pod zespół stresu pourazowego.
-Gdyby to było nic, z pewnością byś nie płakała. Więc albo ty powiesz mi co się stało, albo powiesz to wszystkim! - stwierdził stanowczo.
Jasne, zaangażujmy w to Kate i Lily. Nie ma to jak truć dupę wszystkim, bo zostałam przyłapana na kiepskim nastroju, nie?
-Naprawdę nic mi nie jest - zapewniłam go i wstałam, przecierając po raz kolejny oczy. - To nic wielkiego, ok?
I wyszłam. Nie ma rozdmuchiwania moich problem, dziękujmy za to Panu. Tak, o dziwo jestem jakiegoś wyznania. 
Mike za mną nie poszedł, więc mogłam w spokoju pochodzić po całym domu, by namyślić się co mam robić. Przeszłam korytarz, salon, łazienkę i dopiero w kuchni wpadłam na genialny pomysł zjedzenia czegoś. Jadłam co prawda nie tak dawno, ale to zawsze jakieś zajęcie. 
Rozczarowanie dopadło mnie przy lodówce - dlaczego pomyślałam, że jedzenie w magiczny sposób sam się tam pojawi? Wobec tak nurtującego problemu ponownie ruszyłam na wędrówkę, tym razem w poszukiwaniu Kate lub Lily. Obie siedziały w swoim pokoju (stwierdziły, że dzielą pokój od zawsze i nie zamierzają tego zmieniać) .
-Jest problem - oznajmiłam poważnym tonem, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi.
Ich twarze momentalnie zastygły w masce niepokoju. Kate natychmiast wstała i ruszyła w stronę okna. Gdy ona uważnie przyglądała się każdemu krzaczkowi, Lily postanowiła dociekać przyczyn:
-Co się stało?
-Lodówka jest pusta - odpowiedziałam tym samym poważnym tonem.
Spojrzały na mnie zszokowane, jakby nie mogły zrozumieć sensu moich słów, a potem jednocześnie wybuchły śmiechem.
-Jesteś niewyjęta! - wydusiła Kate.
-Nie, jestem nadzwyczaj poważna. Nie ma nic do jedzenia. Mój żołądek tego nie rozumie - stwierdziłam, co wywołało kolejną salwę śmiechu.
Po kilku minutach, gdy dziewczyny się uspokoiły Lily obiecała iść ze mną. Zapowiada się całkiem nieźle. Dwie samotne nastolatki, w mieście, którego nie znają.
Miasteczko okazało się być całkiem małe. Trzy ulice sklepów i takich tam. I szkoła. Niezbyt duży budynek mieszczący podstawówkę i gimnazjum. Naprawdę nikt nas tu nie znajdzie. 
Najpierw weszłyśmy do spożywczego. W końcu poszłyśmy tam głównie w tym celu. Sklep świecił pustkami. Aż się chciało krzyknąć "halo?" jak w filmach. Przeszłyśmy cały sklep wzdłuż i wszerz, wybrałyśmy co chciałyśmy i poszłyśmy zapłacić. Tu się zaczęły schody.
-Dzień dobry - kasjerka uśmiechnęła się do nas przymilnie.
Nie wyróżniała się niczym szczególnym - blondynka po czterdziestce. Ze zbyt mocną opalenizną z solarium. 
-Dzień dobry - odpowiedziała jej grzecznie Lily.
-Jesteście tu nowe, dziewczynki? Czy tylko przejazdem?
-Niedawno się wprowadziłyśmy, proszę pani.
-Ach, tak? Słyszałam, że dom po synu Johna jest na sprzedaż. Biedactwo nie mógł znieść samotności i wyjechał. Kiedyś mieszkał ze swoim ojcem. Nie byli zbyt bogaci... - trajkotała. Nawet gdy wszystkie zakupy były już w torbach nie podała nam ich tylko opowiadała o wielkich nieszczęściach Johna i jego syna. - Aż w końcu jakaś firma przejęła dom, odnowiła go i sprzedała. Miło było was poznać dziewczynki! - krzyknęła jeszcze za nami.
Co za kobieta! Jak można... nieważne. Co mnie to obchodzi? Widzę ją tyle co przy kasie. Następnym razem po prostu pójdziemy do sklepu z mniej gadatliwą kasjerką, czy coś. Może będzie jej koleżanka? Żeby do tego doszło żeby tyle rozmyślań poświęcać kasjerce... naprawdę...
-Chcesz iść gdzieś jeszcze? - spytała Lily.
-Mamy mało ciuchów, możemy pójść do.... - rozejrzałam się. - Nie możemy. W tym mieście raczej nie ma takich sklepów, co?
-Pomóc w czymś paniom? - melodyjny, znajomy głos odezwał się gdzieś za mną. 
Gdy odwróciłam się, zdębiałam. Niebieskowłosy chłopak z wczoraj! Tutaj! Cholera jasna, to jakieś fatum, czy co?
-Nie, dziękujemy - odpowiedziała Lily uśmiechając się. - Dziś się wprowadziłyśmy, więc... - pomachała reklamówką - trzeba było zrobić małe zakupy.
-Rozumiem - chłopak uśmiechnął się. Gdy nie stał na środku drogi, grożąc śmiercią był nawet uroczy. - Wszyscy o was mówią.
-Ach tak? - Lily spojrzała na niego spod rzęs. - Co takiego?
Nie wierzę! Ona z nim flirtuje! Przecież jest starsza od niego setki lat! Może tego nie widać, ale tak właśnie jest!
-Że pojawiły się nowe, niezwykle dziwne sąsiadki. Tylko, że nikt nie wie niczego konkretnego.... - zawiesił głos i spojrzał na nią wyczekująco.
Tak wygląda flirt? Jak dla mnie wygląda to odrobinę... nie, bardzo dziwnie. Ale ja się nie znam. Naprawdę, nigdy do nikogo nie zarywałam. Może wydawać się to niemożliwe w wieku niemal osiemnastu lat, ale jakoś tak wyszło. 
-Naprawdę? Możesz się pochwalić, że zrobiłeś wywiad. Jestem Lizzy, to moja wnu... siostra Evelyn. Jest jeszcze Mikka. 
-Alex - chwila przerwy na głupie uśmiechy. - Dzisiaj jest impreza u Marca. Wpadniecie?
-Jeśli po nas przyjdziesz.
-Jasne! Z chęcią. To jesteśmy umówieni - co za entuzjasta!
-Mieszkamy... 
-Wiem - uśmiechnął się.
-No tak. Wszyscy wiedzą - drugie zdanie powiedziała tak cicho, że chłopak raczej nie usłyszał.
Wymienili się jeszcze numerami telefonów (te też załatwiły przed wyjazdem) i każdy poszedł w swoją stronę.
-W co ty nas wpakowałaś, Lily?! - warknęłam, gdy tylko weszłyśmy do domu.
Czy jestem jedyną osobą, która uznaje, że nie powinnyśmy spoufalać się z każdym napotkanym osobnikiem?!




piątek, 12 czerwca 2015

Ludzie są ciekawi - "Złamane zaufanie"

Myślisz, że jesteś wyjątkowy? Rozczaruję cię, nie jesteś. Ale to nic złego chcieć być wyjątkowym, lepszym. Każdy z nas tego chce. Niektórzy nawet za bardzo... dlaczego  o tym piszę? Bo to cholernie ważne w tej całej historii. Tak, chcę wam coś opowiedzieć. Uprzedzam, nie osądzajcie nikogo z nich. Gdy to się działo byliśmy młodymi ludźmi - dzieciakami bez pojęcia o życiu. Gdyby to zdarzyło się dziś - z pewnością cała sprawa potoczyła by się inaczej...
Jaka sprawa? Żeby to miało sens zacznę od siebie - z natury jestem dość egocentryczna - najpierw ja, potem reszta - jak każdy z resztą. Tylko ja się do tego otwarcie przyznaję.
Nie mam przyjaciół. Nigdy ich nie miałam, Za to moja koleżanka - Mila, miała ich na pęczki. A przynajmniej tak to wyglądało z boku. Ludzie do niej lgnęli. Mila była przeważnie wesoła. Miała też świetne oceny, czego można jej było zazdrościć.(Ważne! Można było. Nie każdy aczkolwiek wiele osób piekielnie się o to wkurzało.) 
W wakacje po pierwszej czy drugiej gimnazjum poznała swoją najlepszą przyjaciółkę - Talię. Wiedziały o sobie wszystko - co się dzieje w szkole, w domu, u koleżanek. Talia mogła bez problemy opowiedzieć każdy dzień Mili, używając imion, nazwisk czy niesamowicie drobnych szczegółów. Krótko mówiąc: nie miały przed sobą tajemnic, a odległość jaka dzieliła je od siebie przez kolejne lata nie stanowiła przeszkody. 
Chciałabym mieć taką przyjaciółkę - dziewczynę, której ufam w stu procentach i mogę zawierzyć każdą tajemnicę. Każdy by tego chciał. Dlatego Mila i Talia były szczęściarami, przynajmniej według mnie. 
Pod koniec gimnazjum miałyśmy z Milą mnóstwo spraw do załatwienia - kto komu daje kwiaty, część artystyczna zakończenia roku, ostatnie wyciągania ocen.... ale w ferworze pracy musiałyśmy znaleźć też czas na coś jeszcze. A dokładniej Mila musiała go znaleźć. Mój udział w tym wszystkim jest znikomy i w zasadzie sama się w to wepchnęłam. Ale co poradzić, mnie wszędzie pełno. 
Od dłuższego czasu Talia i Mila prowadziły wspólnego twittera, co często zdarza się przyjaciółkom: twitter, blog, fanpage na facebook'u... miliony dziewczyny prowadzą je wspólnie. Te dwie nie były w niczym wyjątkowe. Tylko z Talia był jeden problem, niemal niezauważalny, a, o dziwo, kluczowy. Nie było niczego w czym choćby dorównywałaby Mili. Miały podobne zainteresowania, ale stopnie, styl życia i cała reszta różniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Dlaczego to problem? Dziewczyna była straszną zazdrośnicą. Do tego cholernie mściwą. Skoro Mila wiodła lepsze, pod wieloma względami od niej, życie to czemu ona nie miałaby na tym skorzystać? Co prawda nie może być Milą w prawdziwym świecie, ale internet? Można pokazać się w zupełnie innym świecie. Być sobą lub wręcz przeciwnie. Nikt nie może zdemaskować kłamstwa.
I stało się. Talia wypisywała w imieniu Mili niestworzone rzeczy. Najbardziej zwracały jednak uwagi związane ze szkołą. Wyolbrzymianie wad innych, zwyzywanie ich od najgorszych... to tylko niektóre z wyczynów Talii. Przez dłuższy okres czasu kreowała swoją przyjaciółkę jako egoistyczną i arogancką @#!&$! Łatwo się domyśleć, że sprawa nie przeszła bez echa.
Właśnie pod koniec ostatniego, gdy nie było czasu ten musiał się znaleźć. Kilka dziewczyn dotarło to twittera "Mili". Sprawa natychmiast trafiła do wychowawczyni. Ja, jako że jestem osobą, która musi się wtrącić wszędzie, oczywiście musiałam mieć swój czynny udział w sprawie, więc zostałam "adwokatem" Mili. Zajęcie bardzo pouczające, zwłaszcza dla przyszłego absolwenta prawa. 
Konfrontacja Mili, dziewczyn, które się znalazły konto "Mili" i najbardziej poszkodowanej wrednymi uwagami nie była przyjemna. Poszło kilka chusteczek, papierków i opakowań, hektolitry łez wypłynęły gdzieś z gałek ocznych na ławkę (wyjątkowo nie moich) i po godzinie szczerej rozmowy, zapewniania o niewinności i wykazywaniu luk w rozumowaniu innych można powiedzieć, że porozumienie zostało osiągnięte. Można, ale nie jest to do końca prawda. Zaufanie zostało złamane, nieufność zastąpiła naiwność. I po raz pierwszy zobaczyłam jak Mila płacze. 
Ze strony szkoły Mila nie poniosła żadnych konsekwencji. Nie obniżono jej nawet oceny ze sprawowania z wzorowej, bo to wymagało zaangażowania kolejnych osób - nauczycieli i dyrektora. 
Moja rola w tej historii jest znikoma - oglądałam to wszystko jako osoba bezstronna, pobawiłam się w adwokata. Prawdopodobnie gdybym przejrzała posty wstawiane przez Talię mogłabym znaleźć też coś o sobie. Ale nie chciałam wiedzieć. Nie było mi to potrzebne do szczęścia. Może zrobiło by mi się trochę przykro, ale na tym koniec. Więc po co miałam niszczyć sobie życie?
Nie mogę też jednoznacznie stwierdzić, że wierzę Mili. Nigdy nie poznałam Tali. Nie widziałam jej zdjęcia, nie czytałam jej maili do Mili. Nie widziałam też wiadomości, w której Mila pisze jej co myśli o niej i całej tej sytuacji. Nie jest to jednak problemem. Takie sytuacje dowodzą tylko jednego - jak złożonymi i ciekawymi postaciami są ludzie z krwi i kości. Nic więcej. 
Wniosek? Ludzie potrafią być cholernie naiwni. Ale nie można ich za to karać. Przecież to nie grzech - szkodzić samemu sobie, prawda?



Krótkim opowiadaniem "Złamane zaufanie" zaczynam cykl one-shotów "Ludzie są ciekawi". Nie będą się one raczej pojawiały tak regularnie jak rozdziały, ale zawsze jakieś urozmaicenie. A przynajmniej mi się tak wydaje.
Nad rozdziałem 18 wciąż pracuję. Ostatni tydzień przed wystawieniem ocen dał mi w kość, więc nie miałam zbytnio czasu na pisanie. Nadrobię to jeszcze w ten weekend.
Co do tego opowiadania - jakie wrażenia? Uważacie to za dobry pomysł?
Do napisania.


sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 14 "Powrót do normalności"

Ten kto powiedział, że babcie, prababcie i inne pra... są niedołężne i nie nadają się do realizowania szalonych eskapad ten jest kłamcą. Moje praprapra(...)babcie to jedne z najładniejszych kobiet jakie świat widział. I jeśli chodzi o planowanie ucieczek i wszelkich innych planów nie mają sobie równych. Gdyby tak nie było to nie znajdowałabym się teraz, razem z nimi, w samolocie do Waszyngtonu, prawda? Do tego wyglądając jak nie ja. I to bez operacji plastycznej. Kto ma najdziwniejsze babcie (prapra(...)babcię i cioteczną pra(...)babcię w gwoli ścisłości) na świecie? Odpowiedź nasuwa się sama.
Jakimś dziwnym trafem, nie pytajcie jak, Lily i Kate w dwa dni zorganizowały wyjazd, tak by nikt się nie zorientował. Pieniądze, nowe tożsamości, nowy dom - zajęły się wszystkim. I co najlepsze - będę mogła ukończyć liceum! W żadnym wypadku nie zachowują się jak ktoś starszy, z większym stażem życiowym, ktoś kogo należy szanować i z kim należy się zgadzać. Bardziej przypominają dwie koleżanki, które kiedyś należały do jakiejś mafii i wszędzie maja wtyki.
-Spakowałaś wszystko? - no, a przynajmniej Kate. Lily ciągle mi matkuje.
-Daj już spokój, Lil. Jeśli pięć sekund temu wszystko było spakowane, to znaczy, że teraz też jest - stwierdziła znudzona Kate, patrząc w okno.
Czekamy. Zgodnie z planem miałyśmy wyjść z ośrodka o 1:55 i wsiąść do samochodu, w którym czeka znajomy Kate. Wciągu godziny dojechać na lotnisko w Londynie i punktualnie o trzeciej nad ranem wylecieć do Waszyngtonu, skąd dostaniemy się do małej mieściny oddalonej o 200 km. Przed południem Lily pojedzie na spotkanie z pośrednikiem biura nieruchomości w sprawie kupna konkretnego, wybranego już domu. Wprowadzimy się i od poniedziałku będziemy wieść normalne życie. A przynajmniej tak zakładał plan.
A jak wyszło?
Jakimś cudem udało nam się wyjść niepostrzeżenie z ośrodka. Co wydawało mi się niemożliwe, biorąc pod uwagę, że spora część jego mieszkańców wtedy funkcjonuje na pełnych obrotach. Potem wsiadłyśmy do samochodu Mike'a, przyjaciela Kate. Swoją drogą drugiej takiej osoby nie ma w całym kosmosie. Miał mięśnie kulturysty, a opaleniznę i długie blond włosy amerykańskiego surfera, Do tego był ubrany strój barmana i ciągle powtarzał "joł".Całkiem zabawne połączenie.
Dzięki Mike'owi dostałyśmy się na lotnisko, gdzie okazało się, że jedzie z nami. Dlaczego? Anglia mu zbrzydła w ciągu ostatnich piętnastu lat i bajecznie stęsknił się za Kate. Tak, użył słowa "bajecznie".
A teraz lecimy do Waszyngtonu. Uroczo. Ale wróćmy do tego co ciekawi wszystkich - skąd Kate wie. To jej zdolność. Jako jedyna z wszystkich, którzy posiadają tę całą "zdolność" Kate wie. Nie można tego nazwać czytaniem w myślach (takie rzeczy tylko w "Zmierzchu"), bo ona nie widzi ładnych literek w twojej głowie, formujących się w konkretne informacje. Nie. To tak nie działa. Ona wie. Nie da się tego inaczej wyjaśnić.
Z kolei zdolnością Lily (skoro już przy tym jesteśmy możemy wyjaśnić wszystkie sprawy bieżące) jest iluzja. To dzięki niej wyglądamy zupełnie inaczej. Nałożyła na nas zupełnie inny obraz i każdy widzi tylko ten obraz. Haczyk polega na tym, że nie działa to na zdjęcia, filmy i inne takie.
-Podchodzimy do lądowania, prosimy o zapięcie pasów - z głośników dobiegł metaliczny głos kobiety. Potem powtórzyła to samo zdanie w piętnastu innych językach.
-Na pewno wszystko wzięłaś? - spytała po raz enty, siedząca obok mnie Lily.
-Jezu Przenajświętszy! Uspokój się, Lil! - warknęła Kate. - Twoje słabe nerwy mnie kiedyś wykończą.'
Zapięłyśmy pasy, ale (na szczęście) lądowanie nie było złe. Co dla mnie, panicznie przerażonej każdą okazją do oderwania stup od ziemi, było wybawieniem.
Na lotnisku czekał na nas jakiś facet z tabliczką O'Bryan. Miał jasną cerę, czarne włosy i niewyobrażalnie jasne, niebieskie oczy. Ubrany był w czarne spodnie, koszulkę i zimową kurtkę, mimo panującego upału. Ale nie będę tego roztrząsać. Uznajmy to za normalne.
-Panny O'Bryan? - spytał z brytyjskim akcentem.
Kate zlustrowała go od stup do głów, po czym skinęła głową.
-Gunter? - spytała niepewnie Lily.
-Tak, czy my... znamy się? - chłopak spojrzał na nią zdziwiony.
-Nie, nie! - zaprzeczyła szybko. - Twój brat uprzedzał mnie, że to ty po nas przyjedziesz - ale jej rozczulony uśmiech przeczył jej słowom.
Gunter zaprowadził nas do srebrnego volvo i w ciszy przejechaliśmy przez Waszyngton. Mimo hałasu miasto wydawało się... ciche,  Nie wiem jak to wyjaśnić, ale było wyciszone, jakby wszyscy starali się nie pozostawić po sobie nawet śladu.
Drogi były puste. Można to przypisywać porze, ale dla mnie to było dziwne. Wielkie miasto, stolica, jest ciche. Coś niewyobraża... i w tym momencie musimy przerwać tę pasjonujące wywody. Właśnie wszystko przestało iść zgodnie z planem.
 Na środku drogi stał mężczyzna. Patrzył prosto na nas. I nie wyglądał jakby miał zamiar zejść z ulicy.
Gunter gwałtownie zahamował, mrucząc wiązankę przekleństw.
-Wiedziałem! Wiedziałem! - mruknął pomiędzy którąś "kurwą" i "cholerą", po czym wysiadł z samochodu.
-Co ty tu robisz, Gunter?! - warknął z wściekłością obcy facet o niebieskich włosach.
-Jestem przewoźnikiem - prychnął tamten w odpowiedzi. - Jeżdżę tam gdzie ludzie chcą.
-Jakim prawem tutaj? - ryknął ponownie mężczyzna. - Od ciemnych dzielnic miałeś trzymać się z daleka!
-Jakbyś nie zauważył, rzadko wypełniam polecenia, za które mi nie płacą - wyjął nóż i ruszył przed siebie. Niebieskowłosy powiedział coś w obcym języku (wnioskując z tonu nie było to nic miłego) i ruszył na spotkanie Gunterowi.
-Nic sobie nie zrobią? - spytał zaniepokojony Mike.
-Najwyżej się pozabijają - Kate wzruszyła ramionami. Nie byłaby to dla nas wielką stratą, gdyby nie to, że sami nigdzie nie pojedziemy - niezadowolona dziewczyna wysiadła i ruszyła w stronę mężczyzn.
-Uważaj na siebie! - krzyknęła za nią Lily. Ale kiedy Kate wmieszała się do potyczki poczułam uścisk drobnych dłoni Lily na ramieniu. - Zrób coś! Cofnij się i zepchnij tego mężczyznę z drogi!
Kolejna rzecz, o której nie wspomniałam: obie dziewczyny wiedzą o mojej "zdolności". Dowiedziały się dwa dni temu, zachowały tę informacje dla siebie i pomagały mi ćwiczyć.
Spełniłam prośbę Lily. Wysiadłam z samochodu i powoli, sekunda, po sekundzie, cofałam się w czasie. Zatrzymałam to, gdy nasz samochód nie zdążył wyjechać zza zakrętu, a mężczyzna palił papierosa na uboczu. Wciągnęłam go do najbliższego budynku i zasłoniłam wszystkie rolety by nas nie zauważył. Potem wyszłam z... jak się okazuje dziwacznego rodzaju monopolowego i ruszyłam wzdłuż ulicy w poszukiwaniu kompanów.
Gdy wsiadłam do samochodu, a czas zaczął płynąć wszyscy wybałuszyli oczy.
-Jak to zrobiłaś? - Mike miał oczy wielkie jak spodki.
-Ale co?
-Noo... mignęłaś. Przez ułamek sekundy cię nie było - wybełkotał.
-Ehh... zdawało ci się. Zwidy masz na starość - skwitowałam jego uwagę ze śmiechem.
Ale na ulicach wciąż było pusto. Coś nie poszło zgodnie z planem.
Reszta podróży przebiegła bez większych problemów. Żaden szaleniec nie wyskoczył na drogę ani nic w tym rodzaju. O jedenastej byliśmy w tej małej miejscowości i pożegnaliśmy się z Gunterem. Kate wręczyła mu jakąś kopertę, pewnie pieniądze (chociaż kto to widział, żeby płacić w ten sposób za.. taksówkę?),a potem we trójkę - Kate, ja i Mike ruszyliśmy w stronę najbliższego baru/restauracji. Wszyscy gapili się na nas jakbyśmy mieli po trzy głowy i czternaście par rąk. Zamówiliśmy coś do jedzenia i czekaliśmy na Lily, która poszła spotkać się z pośrednikiem.
-Jak właściwie wygląda ten dom? - zagadnęłam po chwili.
-Zwyczajnie - Kate wzruszyła ramionami. - A ty, Mike? Gdzie zamierzasz zamieszkać?
-Hę? - chłopak obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem. - No jak to gdzie? U was!
-Ciebie chyba pogięło! - warknęła na niego, przyciągając uwagę innych klientów. Nie żeby zwróciła na to uwagę. - To nie hotel, idioto!
-Och, Kitty, nie bądź taka! Przecież się przyjaźnimy! - mina Kate wybitnie świadczyła co dziewczyna myśli o nazywaniu ją Kitty.
-Jeszcze jedno słowo i...
I w tym momencie weszła Lily i nikt nie dowiedział się co Kate zrobi Mike'owi jeśli ten powie jeszcze jedno słowo. Ale i tak coś się nie zgadzało.

piątek, 29 maja 2015

Rozdział 13 "Czas się zbierać"

Wróciliśmy do Anglii. Byłam w lekkiej rozsypce, nie ukrywam. Po co oni przywozili mnie tu z powrotem? Przez tydzień byłam przepytywana przez jakichś obcych ludzi i Colena, na temat tego co zaszło w Japonii. Nie powiedziałam im nic nowego, milczałam zwłaszcza na temat swojej zdolności. 
Gdy nie odpowiadałam na bezsensowne pytania, siedziałam w swoim pokoju. Czasem zaglądała do mnie Kate lub Lily. Przeważnie ta druga. 
Trwałam w zawieszeniu przez dwa tygodnie. I dziś mogę powiedzieć o tym tylko jedno: mam dość. Może i ta cała sprawa z Ladislausem wywróciła moje życie do góry nogami (nie miałam nawet kiedy porządnie przeżyć żałoby po rodzinie), ale wciąż mam całe życie przed sobą! Nie chcę spędzić go pod kloszem, bezpiecznie trzymana w ośrodku, pod kontrolą Colena. Zawsze miałam ambicje, marzenia, plany. Czemu teraz, gdy, teoretycznie, jestem wolna i mogę chodzić bez strachu po ulicach, miałabym nie wrócić do tego? Pod nowym nazwiskiem, w nowym miejscu mogłabym zacząć wszystko od nowa. Tak jak Robert. Bez przeszłości. Bez żalu. Ukończyłabym liceum, potem studia, znalazła przyjaciół. Żyłabym dla siebie, a nie dla cudzych poleceń.
-Misa, Colen chce z tobą porozmawiać! - krzyk z korytarza. Veronica. Jak zwykle to samo.
Wstałam z łóżka i wyszłam z pokoju. Powłócząc nogami ruszyłam w stronę gabinetu Colena. Znów będą mnie męczyć przez kilka godzin tymi samymi pytaniami? A myślałam, że to już koniec. Wczoraj ani przedwczoraj ich nie było.
-Co jest? - spytałam, gdy weszłam do środka. 
Ku mojemu zaskoczeniu, prócz Colena, w pokoju nie było nikogo.
-Usiądź, Miso. Chciałbym z tobą poważnie porozmawiać - uśmiechnął się przyjaźnie. Ja się nie zgadzam! Żadnych poważnych rozmów! Jestem na nie! Mogę powiedzieć nie?
Usiadłam.
-Musimy coś z tobą zrobić, Misa. Przedyskutowałem tę sprawę z innymi i wszyscy jesteśmy zdania, że najwyższy czas byś ułożyła sobie życie. Jesteś niemal dorosła, nie może być tak, że inni są za ciebie odpowiedzialni - zaczął Colen.
Czyżby ta rozmowa nie szła w aż tak złym kierunku?
-Dlatego w najbliższym czasie znajdziemy ci jakie zajęcie na terenie ośrodka. Dalej będziesz tu mieszkać, po prostu będziesz miała obowiązki. Jak Veronica czy Kate i Lily - kontynuował. 
Nie. Pomyłka.  Ta rozmowa szła w koszmarnym kierunku.
- A co ze szkołą? - przerwałam mu. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jaką szkołą? Wiesz jak wygląda sytuacja na zewnątrz. Ludzie cię szukają. Spora część społeczeństwa uważa cię za winną, a twoją nieobecność traktuje jako niepodważalny dowód swoich przekonań. Nie możesz iść do szkoły, to oczywiste.
-Ale... co z fałszywymi dokumentami? Przecież mogłabym się przeprowadzić... gdziekolwiek i tam skończyć szkołę, zacząć żyć własnym życiem - Colen nie jest głupi. On po prostu chce mnie tu zatrzymać. Pod kloszem, na resztę życia.
-Niby tak, ale... - zrobił współczującą minę. - W dalszym ciągu nie wiemy jaką masz zdolność. Musisz tu zostać, przynajmniej do czasu, gdy jej nie opanujesz. 
-A może ta cała zdolność nigdy się nie pojawi. Colen, chcę stąd odejść i zacząć nowe życie. Bez tego całego nadprzyrodzonego bagażu - wyznałam. 
Nie mam zamiaru tutaj zostać na resztę swoich dni. Każdy odchodzi, każdy ma do tego prawo!
-Moja droga, zrozum, że,,, - zaczął ponownie, ale mu przerwałam:
-Nie, Colen. Nie chcę tego rozumieć. Mam prawo do własnego życia. Takiego jakiego chcę. Nie masz prawa za mnie decydować! - wybuchłam. (Najdojrzalsze to wcale nie było...)
-Teoretycznie masz rację. Tylko, że... widzisz, sprawa jest niezmiernie delikatna.... - plątał się.
Dziękujemy. Czyli po dobroci nie przejdzie. Czyli nie mam innego wyjścia jak zwiać stąd na własną rękę. Cholera, skąd ja wezmę pieniądze? I nowe dokumenty? 
-Koniec rozmowy - ucięłam. - Zgaduję, że myślisz o swoim wyborze jako o najlepszym dla mnie. Ale ja tego nie chcę, tej twojej dobroci. Musze nauczyć się samodzielności - wyszłam.
Jaki jest plan? Cały czas to odkładałam na później. "Później" właśnie przyszło. Co teraz? Gdybym mogła prosić kogoś o pomoc to kogo? Lily! Przez te dziwne pokrewieństwo jest taka... ok, niezbyt mi się podoba, że jedyne słowo jakiego mogę użyć to łatwowierna.
-Colen nie pozwolił ci odciąć pępowiny, co? - usłyszałam obok siebie.
Zdezorientowana rozejrzałam się. Byłam tak pochłonięta własnymi myślami, że nie zauważyłam Kate, stojącej przy ścianie.
-Można tak powiedzieć - mruknęłam.
-Co z tym zrobisz? 
-Hmm... ja... - podrapałam się po głowie. Co jej miałam powiedzieć? Głupotą byłoby wsypanie samej siebie.
-Jasne, to wyjątkowo głupie - stwierdziła. - Ale nie martw się. Po tym magicznym BUM!, które wywołał Ladislaus kilkaset lat temu, każdy ma coś z głowa. Nawet ja i Lily. Tylko nie jesteśmy na tyle głupie, by o tym gadać. I jak widać ty też nie - odwróciła się w stronę drzwi. - Lily! Czas się zbierać! - jej twarz ozdobił radosny uśmiech. 
Z pokoju wyjrzała młodsza z sióstr.
-Zdeklarowała się? - spojrzała na mnie niedowierzająco.
-Mhm.
-Wreszcie!
-Dokładnie! Nie będę musiała patrzeć na tę wstrętną gębę tego... - Kate nie dokończyła.
Zaraz. Kurwa. Że. Niby. Co?! Że. JAK?!
Może mnie ktoś oświecić co zrobiła Kate? Bo jakoś trudno to ogarnąć.

sobota, 23 maja 2015

Rozdział 12 "Z pamiętnika Roberta"

Po wizycie u Roberta pojechaliśmy prosto na lotnisko. Przez całą drogę nikt się nie odzywał, z wyjątkiem krótkich wyjaśnień typu: „bagaże zostały zabrane, gdy nas nie było” i „wkrótce będziemy na miejscu”.
Gdy w końcu dotarliśmy na lotnisko odważyłam się dokładniej przyjrzeć szarej paczce. Była związana sznurkiem, tak jak mama zawsze obwiązywała makulaturę, którą miałam zanieść do szkoły. Papier nie był przyjemny w dotyku, raczej szorstki. Tyle zostało z mojego najlepszego przyjaciela. Nie jest to pocieszające.
-Nasz lot – to Lily.
Wszyscy chodzą wokół mnie na palcach, jakby bali się, że każdy mocniejszy podmuch może mnie potłuc. Może kiedyś tak było, ale teraz nie ma nikogo kogo mogłabym się bać.
W samolocie usadowiłam się przy oknie. Nożem, podanym z kolacją przecięłam sznurem i zdjęłam papier. Moim oczom ukazał się zwykły zeszyt z zieloną okładką. Nic nadzwyczajnego.
Otworzyłam go na stronie tytułowej. Zaczęłam czytać:
„Dla Misy Hastings, najlepszej przyjaciółki jaką kiedykolwiek miałem.
Postanowiłem, że opiszę wszystko co mnie tu spotka w  jak najbardziej dokładny sposób, żebyś wiedziała o wszystkich szczegółach, o których ja mogą zapomnieć do naszego spotkania. Bo spotkaliśmy się prawda? Mam nadzieję, że nie minęło zbyt dużo czasu, bo już tęsknie. Tęsknie… mój Boże, świat się wali.  Dobra, koniec tego smęcenia. Będziesz się ze mnie śmiała przez resztę mojej egzystencji, w której, mam nadzieję, że dalej będziemy się przyjaźnić.
Dzisiaj jestem tu drugi dzień. Wczoraj (tj, w dniu przyjazdu) poprosiłem Spirydona (mój mentor) o zeszyt. Widzisz? Od razu pomyślałem o tobie! Ciesz się plebsie! W każdym razie, gdy dzisiaj się spotkaliśmy przyniósł mi ten oto zeszyt. I zapas długopis. To miłe z jego strony nie sądzisz?
Spirydon przez całą do noc, aż do świtu opowiadał mi o wampirach, zasadach wampirów, obyczajach wampirów, przepisach międzygatunkowych obowiązujących wampiry… w całym swoim siedemnastoletnim życiu nie usłyszałem słowa na „w” tyle razy w tak krótkim czasie. Ogółem wszystko o czym gadał, pomimo tego, że jest równym gościem, było beznadziejnie nudne (można w ogóle mówić, że coś jest beznadziejnie nudne? A może powinienem napisać „beznadziejne i nudne”?). Oczywistym jest, że za wiele go nie słuchałem. Potem kazał mi się położyć spać. A ja, taki szatan się nie posłuchałem (błahahah! Jestem tak bardzo zły!) i piszę do ciebie. Powinnaś być mi wdzięczna po wszech czasy. Żartuję, nie musisz. Ołtarzyk wystarczy.
Ale teraz to naprawdę idę spać, bo jest jedenasta rano i oczy mi się kleją. Do zobaczenia!

Cześć, Misa! Mamy ranek trzeciego dnia. Przez całą noc włóczyłem się ze Spirydonem po mieście i poznawałem jego kumpli. Wszyscy są do chrzanu! Zero poczucia humoru, nie lubią się bawić, a słowo taniec kojarzy im się z walcem wiedeńskim. I mówią w totalnie dziwny sposób. Do każdego zwracają się per „pan” lub „nadobna panienka”. Co oni, u Szekspira grają, czy jak? Nie to żebym miał coś do Szekspira, wiesz, że na niczym nie śpi mi się tak dobrze jak na problemach Romea i Julii, a jęczeniu Hamleta będę wdzięczny po wsze czasy za maskowanie mojego chrapania na angielskim. Ale nie przesadzajmy z tym uwielbieniem.
A jutro będę się uczyć japońskiego. Bo jak się okazuje nie wszyscy znają angielski. Pomyślałabyś?

Spiridon jest ekstra! Jakimś cudem w dwie noce wtłoczył do mojej głowy japoński! On twierdzi, że to przez to, że jestem wampirem (nie za dużo tego „że”?) i mogę wykorzystywać parę procent mózgu więcej niż człowiek! Czaisz to? Jestem od ciebie mądrzejszy! A ty zawsze twierdziłaś, że jestem głąbem!
I tak, przyznaję się bez bicia, nie pisałem ostatnio. Dziś jest mój piąty dzień tutaj. Ale cały czas padam z nóg. To pewnie przez tę okropną atmosferę rodem z horroru, którą wszyscy uwielbiają. No i robię się głodny. U Colena krew dostawałem codziennie, a tutaj jestem piąty dzień i nic. Wybacz, pewnie nie masz ochoty słuchać o krwi, co? Pamiętam jak zawsze się wzdrygałaś kiedy podsuwałem ci butelkę pod nos. Wyglądałaś jakbyś miała zemdleć. Albo jak ganiałem cię po korytarzach. Wiedziałaś, że już wypiłem a i tak uciekałaś. To było zabawne. Fajnie było by to kiedyś powtórzyć. Może jutro od dnia, w którym to czytasz? Chodzi mi o to że… załóżmy, że czytasz to w jakiś piątek, nie? Poganiajmy się w sobotę, rozumiesz? Nie? Jaśniej tego nie wytłumaczę, zapytaj mnie przy najbliższym spotkaniu. Dobra, kończę już, bo druga w południe to najwyższy czas na sen.

Nie wiem, który dzień od naszej rozłąki dziś wypada. Nie pisałem co najmniej kilka dni. Spirydon zabrał mnie do miasta, żebym… polował. Okazuje się, że tu będę musiał zabijać. Misa, ja nie chcę tego robić! To jest straszne! Tamten facet był niewinny, nic mi nie zrobił, a ja… Misa, musimy się spotkać. Nie wytrzymam tu dłużej. To miejsce… ono zabija mnie od środka. Proszę, Misa spotkajmy się.

Nie zamierzam więcej pisać. To mój ostatni raz kiedy opisuję moje życie dla ciebie. Odnalazłem się tu. Nie wiem jak mogłem panikować z tak błahego powodu. Mam zamiar tu zostać na zawsze, jeśli kiedyś się spotkamy przekażę ci ten zeszyt. Jedno jest pewne – nie zamierzam cię szukać. Jesteś wspomnieniem tego jaki byłem kiedyś. Bardzo miłym i ciepłym, ale jednak tylko wspomnieniem.
Robert

Z mojego gardła wydobył się szloch. Ty też jesteś moim wspomnieniem Robercie. Bardzo bolesnym, a jednocześnie wspaniałym, ale tylko wspomnieniem. Nienawidzę cię za to. Nie chcę byś był tylko czymś co kiedyś było, a co już nie wróci.
-Hej, co się dzieje? – siedząca obok mnie Veronica miała zmartwioną minę.
-Nic – czknęłam.
Zerknęła na zeszyt.
-To od twojego przyjaciela?
Kiwnęłam głową.
-Ból kiedyś minie.
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się, z całych siły przytulając się do zeszytu, jakby mógł mi zastąpić wszystko co do tej pory straciłam.
-Zobaczysz ból minie i wszystko się ułoży. Teraz może być już tylko lepiej – gdy zamykałam oczy, mogę przysiąc, że kątem oka dostrzegłam na jej twarzy ulgę pomieszaną z zadowoleniem.
Ale w tamtej chwili to nie było ważne. Liczył się tylko zeszyt, zawierający opis ostatnich dni Roberta jakiego znałam. Co prawda zapisał to w kiepskim stylu, ale... to był on. Wszystko co po nim zostało.

Przepraszam, że dopiero dzisiaj, ale nie mam zbytnio dostępu do internetu. 


piątek, 15 maja 2015

Rozdział 11 "Ostatnie spotkanie"

-Tłumaczyłem ci - uśmiechnął się pocieszająco. - Nie możesz się z nim zobaczyć. Rozumiem, że brakuje ci przyjaciela...
-Ja też wkrótce zacznę żyć w zupełnie nowym środowisku - przerwałam mu. - Co mi wtedy przeszkodzi w spotkaniu się z Robertem?
-Misa... - zaczął ponownie Colen.
-Nie. Muszę się z nim spotkać. Muszę. Bez tego... bez tego nie wrócę do Anglii - powiedziałam stanowczo. - A ty mnie nie zmusisz.
-Mógłbym, ale...
-Ale tego nie zrobisz - znów weszłam mu w słowo.
Tym razem nie odpowiedział. Patrzył na mnie przenikliwie, a z jego ust zniknął uśmiech. Wyglądał jakby chciał mnie przeszyć spojrzeniem na wylot.
-Zmieniłaś się - przestał się martwić. Jego głos się ochłodził. - Załatwię ci to spotkanie. Jeden raz.
Wstał od biurka i ruszył w kierunku drzwi.
-Nigdy więcej nie proś mnie o naruszanie zasad - pociągnął za klamkę i spojrzał na mnie wyczekująco.
-Przyjęłam do wiadomości - co nie znaczy, że się do tego ustosunkuję.
Gdy byłam na korytarzu skierowałam się w stronę salonu.
W jednej chwili Colen się zmienił. Przestał być zmartwionym mentorem. Bardziej przypominał nieufnego dowódcę. Z tym że ja byłam nowym żołnierzem o wątpliwej reputacji. Zabolało.
Jeszcze za nim weszłam do pokoju usłyszałam rozmowę Veronici. Rozmawiała przez telefon z kimś komu przekazała opiekę nad ośrodkiem w Anglii:
-Będziemy za dwa dni. Przylot jest planowany na piątą po południu, niech samochód już czeka.... tak, wszystko przebiegło z planem... nie żyje...coś z nią nie tak. Już nie jest roztrzepana ani wesoła.... ja wiem, że po tym co się stało miała prawo się zmienić... dobrze, porozmawiamy, gdy wrócę. Do zobaczenia.
Dopiero, gdy usłyszałam jak siada na fotelu i wzdycha weszłam do pokoju. Spojrzała na mnie z niezadowoleniem i spytała:
-Dlaczego nikt nie dał ci nowych ubrań? I dlaczego szwendasz się po domu? Powinnaś odpoczywać - wstała. Wyrzucała z siebie coraz więcej pytań w coraz szybszym tempie. Nie mogłam na nie odpowiedzieć. Nie miałam na to czasu w trakcie jej tyrady.
Złapała mnie za ramię i wyprowadziła z pokoju. Czułam się jak małe dziecko. Co ja, iść sama nie umiem? Mimo to nie odezwałam się tylko spokojnie dałam się zaciągnąć na wyższe piętro. Ściany tu były pomalowane na jasny fiolet i tworzyły kontrast z ciemnymi drzwiami.
-To twój pokój - stwierdziła Veronica, otwierając pierwsze drzwi po lewo. - Obok jest pokój Lily i Kate. Jeśli będziesz czegoś chciała idź do nich.
Veronica zachowywała się co najmniej dziwnie. Rozbieganym, zaniepokojonym spojrzeniem biegała po wszystkim wokół starannie mnie omijając. Wyglądała jakby coś ją opętało albo przed czymś uciekała. Ale zarówno jedno jak i drugie jest niemożliwe. A jeszcze przed chwilą, w salonie wyglądała normalnie!
-Mam jeszcze parę spraw do załatwienie, więc cię zostawię. Na razie! - wyszła, odrobinę za głośno zamykając drzwi.
Zachowanie Veronici jest dziwne. Ale to nie ważne. Liczą się tylko dwie rzeczy. Aby opanować tę dziwną zdolność cofanie się w czasie i spotkać się z Robertem. Potem będę myśleć co dalej. 


Potem przyszło dużo wcześniej niż się spodziewałam. Rankiem następnego dnia, gdy jeszcze spałam, do pokoju wparowała Kate oznajmiając, że koniecznie muszę wstawać. Już, teraz, zaraz. Widać było, że coś ją poruszyło. Dała mi dżinsy i bluzkę, żebym nie paradowała w zakrwawionych ciuchach i zaprowadziła mnie do Colena. Oczywiście sama szybko stamtąd zwiała tłumacząc "niedysponowaniem z powodu złego powietrza". Nie wiem w jakich czasach takie wytłumaczenie było odbierane jako sensowne, a nie złośliwe. 
Rozmawiając ze sztucznie uśmiechającym się Colenem (jak widać to dziwne coś co go wczoraj kopnęło do tej pory mu nie przeszło) dowiedziałam się, że dzięki łasce jakiegoś tam szefa, zarządcy czy kogoś będę mogła spotkać się z Halderem. Oczywiście w miejscu do tego wyznaczonym i na ich warunkach, co martwiła Colena, ale mnie niespecjalnie. Nie ma nic dziwnego w tym, że chcą się zabezpieczyć z każdej strony, nie? Nieumiejętne negocjowanie Colena nie jest ich winą 
I właśnie w taki sposób wylądowałam w willi, w jakiejś małej mieścinie na północ od Tokio - obecnym miejscu zamieszkania Roberta. Miasteczko zamieszkane jedynie przez wampiry. Uroczo. 
 -Misa? - w wejściu do dużego salonu zmaterializował się Robert. 
Czułam jak całe napięcie, wszystkie wspomnienia złych rzeczy, które zdarzyły się odkąd odszedł, znikają. Było zupełnie tak jak gdybyśmy nigdy się nie rozstali.
-Po co chciałaś się ze mną spotkać? - czar prysł. Chłodny ton i obojętność w jego głosie przywróciły mnie do  rzeczywistości.
Już nie wyglądał jak mój Robert Halder - najlepszy przyjaciel, który mnie zaakceptował, gdy wszyscy inni się odwrócili. Teraz wyglądał jak stare wampiry, które co jakiś czas przewijały się przez Praesidium - wygląd posągu, zastygłe niczym maska rysy, zimno w spojrzeniu. Mało tego, czułam jak gdyby był inną osobą. Stał tak blisko mnie, ale... ale go nie było.
-Ja tylko... - głos uwiązł mi w gardle. Czułam się dziwnie. Jak gdybym rozmawiała z obcym. Odkaszlnęłam. - Chciałam cię zobaczyć.
-Widzisz. Osiągnęłaś swój cel. Czy to oznacza, że możesz już sobie pójść? - zatkało mnie.
 Gdy tu jechałam....chciałam wierzyć... nie... rozpaczliwie trzymałam się tej wiary, że gdy się spotkamy okaże się, że wszystko jest jak dawniej. Że to co mi obiecał, gdy się żegnaliśmy jest prawdą. Że pewnego dnia mnie odnajdzie. Ale skoro już teraz, po tak krótkiej rozłące jest taki... to co będzie za rok? Za pięć lat? Dziesięć? 
-Tak - tym razem mój głos brzmiał pewniej. To nie był mój Robert, a jedynie obcy człowiek. Ktoś kogo nigdy nie spotkałam. - Osiągnęłam swój cel. Trochę się zawiodłam, ale jakoś to przełknę.
-Brawo. W końcu dorosłaś - sarknął.
-Tak. Widzę, że ty też. Zmieniłeś się - uciekł wzrokiem na podłogę.
-Nie masz pojęcia jak bardzo. Nie mniej - rzucił w moją stronę paczkę owiniętą szarym papierem. - Byłaś moją ostatnią przyjaciółką. I nie ważne jak bardzo nie podoba mi się ten fakt... powinnaś wiedzieć - po tych słowach wyszedł.
A ja czułam się bardziej pusta niż kiedykolwiek wcześniej. Ostatnia bliska mi osoba... przestała istnieć. Nie mam nikogo. Bo Kate i Lily jak bardzo by nie chciały... nie są moją rodziną. I wątpię by stały się nią kiedykolwiek. 
Skoro już spotkałam się z... tym co zostało po moim przyjacielu zostało mi do zrobienia jedno: nauczyć się panować nad tym całym cofaniem się w czasie, a potem... coś się wymyśli.



Trochę krótko, wiem. Następnym razem będzie dłuższa notka.