sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział 9 "Przetrwanie jest wszystkim"

Kate, Lily, Veronica i Colen wkroczyli do budynku, gdy zachodziło słońce. Cała ekipa ratunkowa miała jasne polecenia. Atakować i zabijać jedynie w obronie własnej. Jeśli to możliwe obezwładnić i unieszkodliwić. Nadrzędnym zadaniem było jedna znaleźć Misę i Ladislausa.
-Powiedz, Lily - mruknęła Kate, tak by tylko siostra ją usłyszała - jak ty mnie w to wpakowałaś?
-Misa jest ostatnim z potomków w linii prostej wywodzących się ode mnie. Chcemy ją chronić - stwierdziła lekko młodsza dziewczyna w odpowiedzi.
-Ach tak. Wieczny sentymentalizm - westchnęła Kate. - Przecież ona nie jest do ciebie w ogóle podobna!
-Oczywiście, że jest! - obruszyła się Lily.
-Niby w czym? Wygląda inaczej, inaczej myśli, o ile w ogóle... - mruczała z niezadowoleniem Kate.
-Nie mów tak o niej! Jeszcze nie raz uratuje ci tyłek!
-Póki co to jej trzeba pomagać.
Po tych słowach skinęły sobie głowami i ruszyły w oddzielne korytarze. Plan jasno określał miejsca przeszukiwane przez poszczególne osoby.
Kate weszła w jasno pomalowany hol, pełen obrazów i rzeźb. Pierwsze drzwi napotkała kilka metrów od wejścia. Ostrożnie je otworzyła i cicho warcząc weszła do środka. Z ulgą odnotowała, że nikogo nie było w środku. Trzy następne pomieszczenia także były puste. Czwarty przyprawił ją o wymioty. Pierwszym co zauważyła był smród gnijącego ciała. Obserwując wielkie kałuże krwi porozsiewane po całym pokoju zakryła usta dłonią. Gdy przeszła do malej garderoby zwymiotowała. Na środku leżały zwłoki w wysokim stadium rozkładu.
-Gdy tylko stąd wyjdziemy zatłukę Lily, Misę i Lada - mruknęła pod nosem, wychodząc z pokoju.
W najbliższym lustrze z niesmakiem spojrzała na swoją zielonkowatą cerę i przekrwione oczy.
-Tak, zdecydowanie za to oberwiecie - mruknęła znów do siebie i ruszyła dalej.
Kolejne pomieszczenie okazało się być dla niej bardziej łaskawe. Zastała w nim kobietę, wyglądającą na około pięćdziesiąt lat. Szybko pozbawiła ją przytomności mocnym ciosem w głowę i wzięło głęboki wdech.
"Człowiek" - stwierdziła ze zdziwieniem. - "Tamten pokój... cholera!"
-Katieńka? - dziecięcy głos dochodził z korytarza. - Katieńka!
Nim zdążyła się zorientować jasnowłosa postać tuliła się do jej pleców.
-Tak za tobą tęskniłem, Katieńka! - wybuchnął płaczem. Dziewczyna delikatnie odwróciła się w jego stronę i zamarła.
-Mello... - wydusiła cicho.
-Tak, Katieńka, to ja! Ja, Katieńka! - powtarzał, płacząc coraz głośniej.
-Co ci się stało, Mello? - powiedziała, patrząc na niego z ubolewaniem.
-Nic, Katieńka! Jestem taki jak zawsze, Katieńka! Słyszysz, Katieńka? Nic się nie zmieniłem, nawet nie urosłem, Katieńka! - powtarzał jej imię jak gdyby było magicznym zaklęciem, które miało przekonać nie tylko ją, ale i jego.
-Nie - dziewczyna wyswobodziła się z jego uścisku. - Znam Mello, wiem jaki jest. A ty... jesteś jego wynaturzoną wersją. Nie jesteś moim bratem. Nie jesteś - powtórzyła z przekonaniem, odsuwając się jeszcze dalej.
-Katieńka... Katieńka, przestań! To ja! Jestem taki jak zawsze! Jak zawsze! Jak zawsze! Jak zawsze!
W oczach Kate zalśniły łzy. Kły przecięły dolną wargę.
-Nie jesteś Mello - powtórzyła i stanowczym krokiem ruszyła w jego stronę.
-Jestem Mello - stwierdził z uporem. - Mello! Tak mam na imię! Mello! Jestem twoim bratem, pamiętasz?! Masz pamiętać! Słyszysz? Masz pamiętać! Masz... - nie dokończył.
Kate uderzyła go w głowę najmocniej jak potrafiła. Działała automatycznie, bez emocji, jak robot. Gdy podnosiła chłopca z podłogi zadzwonił jej telefon. Lily.


Korytarz, w który weszła Lily był pomalowany na zgniłozielony kolor. Nie było w nim żadnych mebli, jedynie olbrzymie lustra w bogato zdobionych ramach i ciemne drzwi. Jednak nie musiała szukać długo by znaleźć swój cel.
Jej wzrok od razu przyciągnęły drugie drzwi, jedynie otwarte na tym korytarzu. Gdy tylko zajrzała do pomieszczenia jej oczom ukazał się makabryczny widok. Cały pokój był skąpany we krwi. Przedmioty codziennego użytku leżały porozrzucane po podłodze. W kącie leżała martwa dziewczyna, której Lily nie była w stanie rozpoznać. Niedaleko otwartych drzwi do pomieszczenia wyłożonego kafelkami leżał Ladislaus. Z głęboką raną na piersi, w miejscu, gdzie kiedyś biło jego serce. Obok niego stała Misa, wycierając czerwone ręce w śnieżnobiały ręcznik.


-Misa... Lad... co tu się stało?
-Wygrana to przetrwanie. Jeśli nie nie potrafisz przyczynić się do mojego ostatecznego zwycięstwa to jesteś mi zbędna. Zbędni są przegrani, odepchnięci i zapomniani. Są martwi - mój głos brzmiał inaczej. Zupełnie jakby należał do kogoś innego. Jakbym to nie ja mówiła.  Nie miał żadnego zabarwienia emocjonalnego, nie było w nim nic prócz dźwięku. 
-O czym ty mówisz, Misa? - Lily szybko podeszła do mnie i wyciągnęła ją z pokoju. - Kto to zrobił? Nie martw się, kochanie, ze mną jesteś bezpieczna. Ten kto jest odpowiedzialny za... - jej głos się załamał - to co się tutaj stało, tobie nie zagrozi. jesteśmy tu by cię uratować.
-Uratować? - mimowolnie zaśmiałam się cicho. Ale śmiech też nie brzmiał jak ten mój. Był obcy w każdym tego słowa znaczeniu. - Mnie się już nie uratować. Nie mam już zewnętrznych wrogów. 
To była prawda. Leżący za nami Ladislaus był jedyną osobą, która chciała mnie kontrolować, która chciała na mnie wymusić cokolwiek. Teraz, gdy go nie ma... nie mam żadnych zewnętrznych wrogów.
-Misa, o czym ty mówisz? - Lily złapała mnie za ramiona i potrząsnęła. - Powiedz, co się tu stało! Co... co zrobił ci Ladislaus? 
-Możesz mną nie trząść? To nieprzyjemne - spytałam zdegustowana.
Lily wyglądała na strasznie przejętą, a przecież nic się nie stało. Zastosowałam tylko słowa Stokrotki w praktyce: jeśli ktoś nie może przyczynić się do twojego przetrwania jest Ci zbędny. A bycie zbędnym to bycie martwym.
-Rozumiesz co do ciebie mówię?! - warknęła zrezygnowana Wood. - Pytam co się tu stało!
-Oczywiście, że rozumiem - wyrwałam się z jej żelaznego uścisku i cofnęłam się o krok, rozmasowując ramiona.
-To odpowiedz! 
-Póki co chcę stąd wyjść. Porozmawiamy w stosowniejszej chwili - szybko ruszyłam w głąb korytarza. - Którędy do wyjścia?
Nie miałam ochoty jej teraz o tym opowiadać. Wszyscy będą chcieli wiedzieć co się stało. Nie zamierzam rozmawiać o tym dziesięć tysięcy razy.
-Według planu powinnyśmy iść dalej tym korytarzem, skręcić w lewo i w dół schodami. powinnyśmy tam spotkać Colena - powiedziała Lily odzyskując rezon. Szybko mnie dogoniła i wyjęła komórkę.
-Kate? Znalazłam Misę - powiedziała szybko do telefonu. -To nie jest temat na telefon. Pogadamy, gdy już wszyscy będziemy siedzieć bezpiecznie na tyłkach. Idę do Colena.
 Po kilku minutach dotarłyśmy do miejsca, w którym korytarz rozgałęział się na cztery kolejne. Skręciłam w pierwszy z lewej strony i weszłyśmy do ogromnego, jasno oświetlonego pomieszczenia. Na środku stały jakieś meble. Nie przyglądałam im się dokładnie tylko ruszyłam w stronę znajdujących się w przeciwległej ścianie drzwi, jedynych jeśli by nie liczyć tych, którymi przyszłyśmy.
Tak jak mówiła Lily, za drzwiami znajdowały się schody prowadzące w dół. Zeszłyśmy nimi do dużo mniej przyjemnego pomieszczenia. Wszędzie znajdowały się noże najróżniejszych rozmiarów i każdy inny rodzaj broni białej jaka tylko może przyjść do głowy. Oprócz niej gdzieniegdzie leżały przedmioty wyglądające z pozoru niewinnie – otwarte pudełeczko ze szpilkami, nieprzyciągający uwagi grzebień czy ołówek. Jednak to właśnie te niegroźnie wyglądające przedmioty odstręczały mnie najbardziej. Niby takie niegroźne, a w sprawnych rękach tak bardzo zabójcze. 
Nagle rozległy się kroki. Nie byłam w stanie stwierdzić z której strony ktoś nadchodzi. Miałam wrażenia, że zewsząd, co przecież nie było możliwe, choćby dlatego, że tutaj także były dwie pary drzwi.
-Lily, spotkałaś kogoś zanim mnie znalazłaś? – spytałam łapiąc dwa noże. Jeden mniejszy, taki bym z łatwością mogła schować go do kieszeni, a drugi większy, odrobinę mniejszy od odległości między nadgarstkiem a łokciem.
-Hmm? Nie – odpowiedziała, jakby wyrwana z zamyśleń. – Dlaczego pytasz? 
-Nie słyszysz? – spytałam mimowolnie unosząc brwi. 
-Czego? – rozejrzała się. 
Nie zdążyłam jej odpowiedzieć. Do pokoju wszedł wysoki brunet i zmierzył nas czujnym spojrzeniem. Lufa pistoletu wystawała mu z kabury, a w zakrwawionej dłoni trzymał dziwną broń, której nie byłam w stanie rozpoznać. A miałam nadzieję, że uda nam się stąd wyjść bez żadnych miłych spotkań. Zrobię komuś krzywdę. 
Nie czekając na czyjąkolwiek reakcję ruszyłam w stronę mężczyzny. Miałam kiepskie wspomnienia związane z osobami przebywającymi w tym domu – niemal wszyscy chcieli mnie zabić. Ale nie ma tak dobrze. 
-Misa, nie! - między mnie a mężczyznę wbiegła Lily. 
-Dobrze cię widzieć żywą, Misa - powiedział brunet jak gdyby nigdy nic. - Skoro już się znalazłaś, to trzeba powiadomić resztę i się zwijamy, tak? Wygląda na to, że Misa jest w kiepskim stanie. 
Hę? Że o czym on do mnie gada? Jak widać mój wzrok odzwierciedlał mętlik w głowie, bo Lily zaczęła wszystko wyjaśniać:
-Sporo osób przyszło cię uratować. Znając Lad... - jej głos się załamał - n-nie wiedzieliśmy co m-mógł wymyślić. Gdyby nie Colen nie udało by nam się tego zorganizować.
-Robiłem tylko to co do mnie należało - stwierdził wzruszając ramionami.
Stop! To jest Colen?! Wygląda zupełnie inaczej! Niby brunet i w ogóle, ale... jak dokładnie wyglądał Colen? 
-A właśnie co z Ladislausem?
-To nie jest temat na... - zaczęła Lily i gwałtownie urwała kręcąc głową. A tej co znowu? -Potem.
-Niech będzie - zgodził się najprawdopodobniej-Colen, przyglądając się Lily badawczo.
Wyszliśmy z pomieszczenia i po kilku minutach marszu w ciszy wyszliśmy z budynku. Normalność okolicy odczułam niczym uderzenie obuchem prosto w twarz. Wszytko było takie... normalne. Nie ma innego słowa by to określić. Przypominając sobie to co działo się w tym niewinnie wyglądającym domu... to wszystko wydawało się być nierealne. I chciałabym żeby tak było. Ale ciało Teresy, wkładane do samochodu akurat, gdy wychodziliśmy z terenu posesji Stokrotki boleśnie uświadomiło mi, że każde okrucieństwo popełnione za białymi murami istnieje również i tutaj. 
Pod osłoną nocy żaden normalny człowiek nie zauważył ogromnej grupy ludzi, która wedle praw fizyki nie powinna zmieścić się w dwupiętrowym domu. No ale przecież nikt nie przypuszczał, że rzeczony dom posiada piwnicę wielkości połowy miasta. 
Gdy wsiedliśmy do jednego z podstawionych samochodów, nikt się nie odezwał. Colen wpatrywał się ponuro w drogę, Veronica siedziała z zamkniętymi oczyma i odchyloną głową - pewnie ktos im powiedział o Teresie. Kate patrzyła przed siebie martwym wzrokiem, a Lily ściskała moja rękę patrząc na mnie matczynym wzrokiem. Co było dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że wygląda na młodszą ode mnie.
Zatrzymaliśmy się przed sporym budynkiem, nie mogę o nim powiedzieć nic więcej przez wszechogarniającą ciemność. Wszyscy skierowali się w nieznanym mi kierunku, więc chcąc czy nie, poszłam za nimi, ciągnięta przez Lily. W końcu dotarliśmy do salonu, gdzie wszyscy wbili we mnie wyczekujące spojrzenie.
-Misa, wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale powiedz mi co się zdarzyło w domu Ladislausa? - spytał Colen.
Przetrwanie jest najważniejsze. A na chwilę obecną - bez nich nie przetrwam. Odpowiedź jest prosta. Nie mogę im powiedzieć. Choćby nie wiem co. 


 Już po egzaminach, więc nauczyciele postanowili, że zapowiedzą pięć sprawdzianów, a co! Kto bogatemu zabroni? :D
A tak na poważnie to nie miałam pojęcia o czym napisać i wyszło kiepsko no ale cóż. Coś naskrobałam.
 CZYTASZ? SKOMENTUJ!



piątek, 17 kwietnia 2015

Jeszcze nie nowy rozdział + krótkie opowiadanie

Niestety w tym tygodniu nie będzie nowego rozdziału. W następnym tygodniu egzaminy gimnazjalne i mam czas jedynie spać i się uczyć. Dlatego, na pocieszenie wstawiam krótkie opowiadanie, które napisałam jakiś czas temu. W żaden sposób nie jest związane z treścią "Żyć za wszelką cenę"!

Młody, na oko osiemnastoletni chłopak siedział w kafejce w pobliżu plaży. Lubił to miejsce. Nikt nigdy nie hałasował, nikt go nie zaczepiał i zawsze obsługiwała go ta sama kelnerka. Ją też lubił. Była miła i zawsze uśmiechnięta. Nigdy nie narzekała na jego hałaśliwego przyjaciela – blondwłosego, opalonego surfera z ciągotami do każdej dziewczyny jaką zobaczy. Tylko czasem, a ostatnio coraz częściej widział w jej oczach coś co musiał często oglądać także w oczach blondyna – dragi.  Po dwuletnim pobycie w Stanach, wśród najmniej odpowiedzialnych ludzi jakich potrafił sobie wyobrazić, potrafił rozpoznać narkomana. Potrafił dostrzec tę niewidoczną różnicę już po pierwszej działce. Kelnerka była uzależniona. Od jakiegoś miesiąca – tak wynikało z jego obserwacji. Ale i tak ją lubił.
Sam brunet nigdy nie dotknął żadnych używek. Ba! Jedyny alkohol jaki pił to wina – a i to tylko przy większych okazjach. Był z tego rodzaju ludzi, którzy mogą wszystko przeżyć, wszystko zobaczyć i pozostaną nieskalani. Brud życiowych odmętów nie miał do nich dojścia. Z nim było trochę inaczej. Mimo przyjaciół stawał się przez to coraz bardziej samotny. Trochę tak jakby po trochu każdego dnia umierał.
Dziś zmarnował w kawiarni trzy godziny. Przyszedł tu z zamiarem napisania eseju na język angielski, ale nie szło mu najlepiej. Co jest rzeczą niespotykaną, zwłaszcza przy temacie dowolnym. Bo brunet bardzo lubi swoje nostalgiczne myśli przemieniać w długie kartki zapisane czarnym, pajęczym pismem – jedynym śladem jego osoby w świecie. Jego myśli uciekały na zewnątrz – ku przeszłości, zamiast formować idealne określenia. Brakowało mu natchnienia. Czegoś, co go zainspiruje. Zazwyczaj widział to właśnie w kelnerce. Nie znał jej. Zamienili ze sobą słów, ale w jej uśmiechu widział tę samą dobroć, którą widywał w uśmiechach starszych pań, wychodzących na spacery w jego rodzinnym kraju. Rozmyślał na temat wszystkiego co już się wydarzyło. Nad pożegnaniem z rodziną. Nad swoją własną rodziną.
-Nie powinienem tego robić – mruknął do siebie pod nosem. – Kiepsko na tym wychodzę.
-Dolać kawy? – nie zauważył kiedy ciemnowłosa kelnerka do niego podeszła. Nie mniej stała przed nim, trzymając dzbanek w połowie wypełniony kawą.
-Tak – uśmiechnął się krótko po czym odwrócił głowę w stronę ulicy.
Nieprzerwany potok ludzi zmierzających we wszystkie strony nie zwrócił jego uwagi. Widział ich codziennie. Byli nieodłącznym elementem jego marnowania czasu w kawiarni. Za to dziewczyna w fioletowej koszuli w kratę, z plecakiem na plecach i różową walizką na kółkach w dłoni, tkwiąca przed kafejką niczym mała wysepka na oceanie, nie należała do codzienności. Jej duże piwne oczy wbijały w niego po części smutne, po części zaskoczone spojrzenie. Nie… nie w niego. Obok. W kelnerkę. Gdy kobieta odchodziła do następnego klienta wzrok dziewczyny minął bruneta, nawet go nie zauważając. 
Dopiero po kilku minutach spojrzenie obu –bardzo do siebie podobnych, jak uzmysłowił sobie brunet – dziewczyn, spotkało się. Nastąpił przełom.
Kelnerka zbladła, w jej rysach odmalował się szok. Drżącymi rękoma odstawiła dzbanek – teraz niemal pusty – i wybiegła z kawiarenki. Z początku rozmawiały spokojnie. Jedynie z ich sylwetki chłopak odczytał nieprzyjemną atmosferę. Z spiętych ramion i nienaturalnie wyprostowanych pleców. Niemal identycznie.
„Siostry” – stwierdził bezbarwny głos w głowie bruneta.
Chwilę później młodsza dziewczyna (Podróżniczka, jak ją w myślach zaczął nazywać chłopak) zaczęła krzyczeć, z jej oczu polał się strumień łez. Prócz nich dwóch nie słyszał żadnego z gniewnie wypowiadanych słów.  Kelnerka, nie zwracając uwagi na łzy, wyrwała walizkę siostrze z ręki i zaczęła wyrzucać z niej ubrania. Czegoś szukała. Tłum mijał je obojętnie, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. W końcu kelnerka zacisnęła dłonie na dużej, białej kopercie z tych, w których przechowuje się jedynie jedno.
„Pieniądze. Zawsze chodzi o pieniądze” – rozleniwiony od rzadkiego używania głos myśli przemknął przez umysł bruneta.
Niewiadomo, w którym momencie kelnerka wstała z klęczek, ale chłopak dostrzegł chwilę, w której postanowiła uciec. Cień rezygnacji przemknął przez jej twarz. Smutek i żal zniknęły z zaciśniętych warg. Wyprostowała się  i sprintem ruszyła przed siebie. Podróżniczka próbowała ją dogonić. Przebiegła kilka kroków, po czym się zatrzymała, by spojrzeć na porozrzucane rzeczy. Iść za siostrą czy wrócić po swoje? Nie mogła mieć wszystkiego.
Zagryzła wargę – podjęła decyzję. Podeszła do walizki. Zaczęła wrzucać ubrania jak popadnie. Jej ramionami wstrząsnął szloch. Cierpiała. Reakcja siostry sprawiła jej ból.
„Powinieneś jej pomóc” – stwierdził głos w głowie bruneta. – „Ale jesteś zbyt leniwy, by pomóc choćby samemu sobie. Nic nie zrobisz. Ona potrzebuje pomocy. Jest tu obca i najprawdopodobniej nie ma nikogo prócz siostry. Ale jesteś zbyt leniwy by pomóc komukolwiek. Nawet samemu sobie.”
W końcu dziewczyna otarła łzy, pozbierała resztę rzeczy i ruszyła w przeciwną stronę niż kelnerka. W stronę plaży. A brunet napisał na pustej kartce: „Rodzina czy ja? Mit o wartości więzi z bliskimi, czyli kiedy staliśmy się jedynymi, którzy mają dla nas znaczenie.”
-W sumie – stwierdził, tym razem na głos – to jesteśmy do siebie podobni.
„Lubię dla odmiany nie marnować czasu” – dopisał jeszcze. Schował zeszyt do torby i wyszedł w ślad za Podróżniczką.  Wiedział gdzie jej szukać.
Gdy oddalił się od miejskiego gwaru, a piasek zaczął parzyć go w stopy, w jego głowie uformowały się następujące wnioski:
Kelnerka wcale nie była inna. Była taka sama jak cały świat.
Polubił Podróżniczkę.
Jest sam.
Właśnie tacy są ludzie.
I to jest piękne.
Znalazł kogoś dzięki komu być może samotność będzie trochę mniej dokuczliwa.       


I jak? Chcielibyście żebym częściej wstawiała takie opowiadania? 


piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział 8 "Wszystkie grzechy i świętości"

Pierwsza lekcja ze Stokrotką była koszmarna. Delikatnie mówiąc. Nigdy nie byłam szczególnie wrażliwa na śmierć, zwłoki i w ogóle, ale to co zrobił Teresie było znacznie gorsze niż tortury. Wyglądała jakby ją ktoś od szyi w dół przepuścił przez maszynkę do mięsa. Nie że twarz była nietknięta. Pomijając odcień (fioletowy), jeden policzek miała rozcięty do kącika ust, a drugi... drugiego policzka nie było.
W pierwszym odruchu miałam ochotę zacząć krzyczeć. I pewnie zrobiłabym to, nawet zaczęłam otwierać usta, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Zupełnie jakbym była niemową.
Podłoga była zakrwawiona, a wokół leżało mnóstwo z pozoru niewinnych przedmiotów, którymi Stokrotka zapewne zrobił... to. Wśród nich były nożyczki, młotek kuchenny i szpilki. Takie nic, które można znaleźć w każdym domu.
-Pobudka, panno Memphis! - zawołał Stokrotka, podchodząc do Teresy. Z każdym krokiem rozchlapywał na boki fontanny krwi. - I.. Miza, przepraszam za bałagan. Kazałbym to komuś posprzątać, ale sama rozumiesz. Artystyczny klimat.
Nie odpowiedziałam.  Co za popieprzony psychol! Artystyczny klimat?!A on to może artysta?!
-Czas na pierwszą lekcję,  my lady - rozłożył szeroko ręce. - Jeśli chcesz nauczyć się zabijać... a chcesz, musisz wyzbyć się wszelkiej litości dla innych. Twoim pierwszym zadaniem będzie... dobicie panny Memphis. Kogoś kogo znasz. W dodatku w takim stanie jest idealnym materiałem na pierwszą lekcję - rozłożył się na łóżku z szerokim uśmiechem. - Możesz zaczynać, Miza. 

Colen i Veronica powzięli wszelkie kroki by Misa została jak najszybciej odnaleziona. Zorganizowali akcję ratunkową i razem z siostrami Wood przylecieli do Tokio, gdzie pozostawało im już tylko czekać na odzew ludzi śledzących Ladislausa.
- Dlaczego jesteście takie pewne, że Wodostocki, mając Misę pod ręką od razu jej nie zabił? Wcześniej nie dbał o oprawę swoich mordów. Znaleźć, zabić, szukać kolejnej ofiary, taki był mechanizm jego działania - powiedział Colen, siadając naprzeciwko Kate i Lily.
-Misa nie jest taka jak reszta. Jest ostatnią z wszystkich potomków, a Lad jest... sentymentalny. Najprawdopodobniej czeka aż odnajdzie całą swoją rodzinę. Lubi się chwalić swoimi dokonaniami. Nie było by w tym nic dziwnego - wyjaśniła Lily.
-Nie, to niemożliwe. Jego siostry nie żyją - mruknął Colen pod nosem. Jego oczy zamgliły się, jakby usilnie się nad czymś zastanawiał.
W tym czasie Veronica, do tej pory stojąca przy oknie podeszła bliżej rozmawiających.
-Teraz ja mam pytanie. Skąd tyle wiecie o Ladislausie?! - jej oczy zwęziły się w szparki.
-Ver! - syknął Colen, momentalnie przytomniejąc.  - Nie powinnaś...
-A właśnie, że powinnam! Nie wiemy o nich praktycznie nic! Gdyby rzeczywiście było prawdą to co mówiły wcześniej, nie byłoby szans, że w ogóle wiedziałyby kim jest Ladislaus! - wyrzuciła z siebie Loss.
-Fakt, wcześniej kłamałyśmy - przyznała niechętnie Kate.
-Ale musiałyśmy coś powiedzieć! Nie miałyśmy wyjścia! Chciałyśmy poznać Misę! Zawsze staramy się poznać potomków zanim Lad ich znajdzie - dopowiedziała Lily.
-Dlaczego? - naciskała Veronica.
-Bo to też nasi potomkowie. I to w linii prostej. Jesteśmy... - Lily gwałtownie urwała, patrząc niepewnie na siostrę.
-Jesteśmy siostrami Lada - dokończyła za nią Kate.
Colen gwałtownie wciągnął powietrze.
-Niemożliwe! Obie siostry Ladislausa nie żyją! Zgniły w lochach setki lat temu! - warknął.
-Chciałbyś co? - na ustach Kate pojawił się nieprzyjemny uśmiech. - Takie wyjaśnienie byłoby znacznie wygodniejsze! Ale spójrz na mnie! Stoję tu i żyję. Coś kiepsko ci wyszło pozbycie się żony!
-O czym ona mówi? -wycedził Veronica, skierowując wzrok na swojego brata.
-Dawno, dawno temu, gdy ja, Katieńka i Lad byliśmy normalnymi ludźmi, ojciec postanowił wydać nas dwie za mąż. Lada akurat nie było w wiosce, a Colen i Mikael tamtędy przejeżdżali - zaczęła opowiadać cicho Lily.
-Sprzedali! Właśni rodzice sprzedali nas twoim braciom jak bydło! - warknęła Kate.
-To co się z nami później działo... nie było przyjemne. Zostałyśmy zamknięte, nikt nie dawał nam jeść... w końcu wyrzucono nas do rzeki, bo myśleli, że jesteśmy martwe - zakończyła Lily.
-I byłybyśmy, gdyby nie Lad! Wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, bo Lad chciał nas ocalić! Zabija potomków, by nikt nie zniszczył jego planów, by nikt nie odebrał nam życia!
I tak pierwsza część historii ujrzała światło dziennie.

Brzydziłam się samą sobą. Jak mogłam... zabić? Przecież... ja takich rzeczy nie robię! Jestem dobrą uczennicą ze stuprocentową frekwencją, a nie mordercą! Cholera, przecież ja się nawet pająków boję, co dopiero myśleć o zabiciu kogoś?! W dodatku Teresy, która jako pierwsza kazała mi ogarnąć dupę, która dbała, żebym nie wpadła w to bagno?! Jak mogłam... Teresę?
Pobiegłam do toalety i upadłam na kolana. Zwymiotowałam. Raz. Drugi. Trzeci. Ale obraz tego co zrobiłam nieustannie do mnie wracał.
Krew... na moich rękach... ubraniu... twarzy... krew Teresy... jak mogłam?
W końcu, gdy już nic nie zalegało mi na żołądku, wstałam i na chybotliwych nogach ruszyłam w kierunku najbardziej oddalonej od drzwi ściany. Łazienka, w której się znajdowałam miała tylko jedno wyjście na korytarz - przez pokój, w którym... ja... Teresę... Stokrotka mnie tam zostawił, a ja szybko wybiegłam do łazienki. A teraz nie mam odwagi stąd wyjść i przejść obok niej. Jej oczy... nie zamknęła ich nawet na chwilę. Pewnie wciąż wbija martwe spojrzenie w miejsce, w którym stałam. Nie przejdę. Nie mogę! 
W tym momencie do sypialni ktoś wszedł. Jakiś mężczyzna. Wysoki, ciemnowłosy. Nigdy wcześniej go nie widziałam. 
-Tereso.. - westchnął podchodząc bliżej niej. - Siostrzyczko... przecież obiecaliśmy sobie... jeśli ktoś nas kiedyś zabije... to zrobimy to nawzajem... 
Teresa miała brata?! Nie przeszło mi przez myśl, że mogła mieć jakąkolwiek rodzinę. Wydawała się być taka samowystarczalna...
Z gardła mężczyzny wyrwał się szloch.
-Ladislaus, ty skurwielu! - warknął wściekły, odwracając się plecami do ciała Teresy. - Pokaż się, ty popaprańcu!
Stokrotka pojawił się znikąd tuż przed nim.
-Z drugiego końca domu słyszałem jak rozpaczliwie mnie wołasz - powiedział. Na jego ustach igrał drwiący uśmieszek. - Jaka sprawa była tak niecierpiąca zwłoki?
-Powiedziałeś, że nie zabijesz Teresy. Ty skurwielu, przysięgałeś na krew swojego rodzeństwa! Czy to przypadkiem nie jest święta przysięga?! Zabicie Teresy było dla ciebie ważniejsze niż twoja rodzina? Jedyna świętość jaką uznajesz?! - wrzeszczał brat Teresy.
-Przyznam ci rację. Moje rodzeństwo to jedyna świętość jaką uznaję. I gdybym złamał przysięgę miałbyś wszelkie prawo do krwi całej trójki - zaczął spokojnie Stokrotka. - Ale nie zabiłem Teresy.
-Co? - mężczyzna na chwilę stracił rezon. - Ona nie żyje...
-Zgadza się. Ale, Kirisaki, to ona ją zamordowała - machnął ręką w moją stronę.
Mężczyzna błyskawicznie odwrócił się w moją stronę. W jego oczach jarzyła się wściekłość i rozpacz.
-Misa Hastings - syknął. - Dlaczego? Opiekowała się tobą. Ryzykowała własne życie dla ciebie-skąd to wie?! Przecież zadanie Teresy miało być ściśle tajne! - Zanim cię zabiję, chcę wiedzieć, dlaczego zamordowałaś moją siostrę. Liczę na sensowną odpowiedź.
Ruszył w moją stronę.


Kate nie odzywała się do Colena do późnego wieczora. Dopiero, gdy okazało się, że oboje są w tej samej grupie i będą musieli współpracować, by ocalić życie Misy, postanowiła zerwać zasłonę milczenia.
-Wiesz, Jungkey - zaczęła, gdy zostali sami - to wcale nie tak, że cię nienawidzę za to co mi zrobiłeś.
-Naprawdę? - spojrzał na nią zaskoczony.
-Tak. Na początku, jakieś pierwsze dwieście lat, przeżyłeś tylko dzięki Lil. To ona hamowała mordercze zapędy. Nie tylko u mnie - ściszyła głos - Lad chciał cię nauczyć tego i owego o traktowaniu kobiet - na te słowa Colen się wzdrygnął i spojrzał na dziewczynę z przestrachem - Przez te pierwsze dwieście lat marzyłam byście ty i twój brat poczuli to wszystko co ja i Lil czułyśmy w lochach. Zamknięte niczym zwierzęta, bez żadnej pomocy. Ale potem dałam sobie z tym spokój. Jaki sens miało wymyślanie planów zemsty, których nigdy nie zrealizuję? A teraz... - wzruszyła ramionami. - Teraz jest mi to obojętne. Minęło zbyt wiele czasu. Dorosłam. Jaki sens miałoby krzywienie się na bóle sprzed lat? 
-Doceniam twoje wybaczenie - Colen podszedł do Kate i dotknął jej ramienia. - Nie wiem czy potrafiłbym zdobyć się na podobny gest.
-Hę? - parsknęła dziewczyna w odpowiedzi. - Źle mnie zrozumiałeś. Ja ci nie wybaczyłam. Po prostu mam cię w dupie. I tam, w domu mojego brata też tak będzie. Nie ważne co się będzie działo i jak duże będą szansę na powodzenie misji. Módl się, by twoje przeżycie nie zależało ode mnie - strzepnęła jego rękę.
-Kate... - zaczął.
-Jakim prawem zwracasz się do mnie po imieniu? Nie pamiętam żebym ci pozwoliła. I... nigdy więcej mnie nie dotykaj - po tych słowach wyszła na korytarz. 
Kierowała się do głównego pokoju, który przemianowano na główny sztab dowodzenia. 
-Jak wygląda sytuacja? - spytała, rozwalając się na jednym z foteli. Nikt jej nie odpowiedział. - Ktoś powie? - rozejrzała się. 
Przy dużym stole na środku pomieszczenia kilka osobników obojga płci różnych ras głośno się nad czymś sprzeczało. Młodsi od nich biegali z jakimiś papierami. Veronica z jakąś kobietą rozmawiała cicho w drugim kącie pokoju. 
-Ktoś mi powiem jak wygląda sytuacja?! - warknęła zezłoszczona dziewczyna.
-Ladislaus Wodostocki i Misa Hastings są w budynku - odpowiedział na oko dwudziestokilkuletni chłopak nerwowo zerkając w stronę Kate.
-Sami? - brwi dziewczyny uniosły się w zdziwieniu. - Lad nie postawiłby się w tak głupiej sytuacji. 
-Nie, pani... - zaczął ten sam chłopak, ale przerwał mu jeden ze starszych mężczyzn naradzających się przy stole:
-Jonah, wróć do swoich zadań! Kapral Wood, zapraszam do nas, zapoznamy panią ze wszelkimi szczegółami.
-Awansowałam na kaprala?- zaśmiała się Kate, wstając z fotela. - Nierozważnie przydzielają stopnie w tym "wojsku na pięć minut".
-Jestem sierżant Schmitt, wilkołak z Niemiec - przedstawił się mężczyzna, gdy Kate do niego podeszła. - Jestem do pani dyspozycji, kapral Wood.
-Aha - mruknęła Kate w odpowiedzi.
-Eee... czy jest coś co mógłbym dla pani zrobić? - spytał po chwili niezręcznego milczenia.
-Przedstaw mi plan, sierżancie Schmitt - stopień Schmitta wymówiła z rozbawieniem.
-Obecnie trzy oddziały znajdują się w terenie: kaprala Wiśniowicza, kaprala Gawriłowa i kaprala Gregorowicza. Wszyscy trzej są protegowanymi wicedowódcy Friedricha, który jest odpowiedzialny za służby wywiadowcze z terenu Rosji. Wicedówca Friedrich podlega bezpośrednio... 
-Stop! - Kate zatkała usta Schmittowi. - Jak wygląda sytuacja. Nie chcę wiedzieć kto jest czyim przełożonym.
-Tak jest! Wyruszymy w formacji przedstawionej na tym rysunku - Schmitt wskazał leżący najbliżej nich arkusz papieru. - Pierwsze wyruszą jednostki B1 i B4. Jednostką B1 będzie dowodził....
"Rany!" - jęknęła w duchu Kate. - "Czy ten cholerny Jungkey musi tak wszystko komplikować? Kiedy powiedział, że akcja ratunkowa jest zorganizowana, nie powiedział, że zadzwonił po wojska z całego świata! Jak on zamierza wejść niepostrzeżenie do domu Lada?!"
-Kapralu Loss! - wykrzyknęła jakaś blondynka, wbiegając do pokoju. - Złe wieści! Trzeba wyruszać natychmiast, w przeciwnym razie misja nie ma szans powodzenia. 
-Zawiadom dowódcę! - wykrzyknęła Veronica w odpowiedzi. - A wy wszyscy na stanowiska. Misja zostaje przyspieszona! 
Wszyscy zaczęli w pośpiechu wychodzić. Nawet Kate poddała się tej fali. Gdy była już przy drzwiach poczuła czyjś mocny uścisk na ramieniu.
-My nie - usłyszała szept Lily. Obie szybko zeszły z drogi innym.
"Lily... siostrzyczka... gdzieś ty była przez ten cały czas?" - przemknęło Kate przez głowę.
-My razem z Veronicą i Colenem mamy uratować Misę - wyjaśniła młodsza z sióstr.
-Wreszcie coś się zaczyna dziać - mruknęła pod nosem Kate.

Uderzyłam o ścianę.
-Więc co było tak cholernie ważne, że musiałaś przez to zamordować moją siostrę? W obronę własną raczej nie uwierzę. 
-Kirishima, uspokój się - jakiś głos z oddali. Stokrotka.
-Zabiłaś ją! - warknął Kirishima.
Mimo zamroczenia po uderzeniu niemal widziałam jak bierze zamach i uderza mnie w brzuch. Nazwijcie mnie masochistką, ale nie miałam mu tego za złe. Czułam, że na to zasłużyłam.
-Kirishima, powiedziałem coś. To, że Miza zabiła pannę Memphis nie oznacza, że... - resztę wypowiedzi Stokrotki zagłuszył wrzask wściekłości Kirishimy.
-Tylko ja miałem prawo ją zabić! Ja!
Słowa "zabić" i "zamordować" oznaczają to samo. A jednak dużo łatwiej jest mi znieść myśl, że zabiłam niż zamordowałam. Dlaczego? Przecież to tylko kilka literek. Nic wielkiego. Nie jest to sprawa, którą warto zaprzątać sobie głowę, więc... dlaczego? 
Następne uderzenie nie nadeszło.
-Lekcja druga, Miza. Tym razem twój przeciwnik jest całkiem sprawny - co?!
Moją reakcję uprzedził Kirishima.
-Coś ty powiedział, Ladislaus?! - warknął.
-Słyszałeś. Po za tym - Stokrotka uśmiechnął się nieprzyjemnie - pomyliłeś się w jednym. To nie rodzeństwo jest jedyną świętością jaką uznaję. Jest nią rodzina. A ona do niej należy. Przysięgałem, że nie zabiję twojej siostry, a nie, że ona nie umrze. Przysięgałem też, że na przyjaciół nigdy nie podniosę ręki. Zrobi to Miza. My lady, czy mogę cię prosić o przysługę? Zabij go i zdobądź moje zaufanie. 
Cholera. 

piątek, 27 marca 2015

Rozdział 7 "Makabra"

Dwie kobiety siedziały w zimnej celi wtulone w siebie, będąc swoim jedynym źródłem ciepła. 
-Dawno, dawno temu żyła sobie czwórka rodzeństwa - zaczęła cicho mówić zielonooka. - Ale zostali rozdzieleni. Siostry zostały zmuszone do poślubienia złych mężczyzn i uwięziona, schowane przed światem. Jeden z braci został porwany przez okrutnych ludzi i słuch o nim zaginął. Drugi z braci, ostatni z rodzeństwa, poprzysiągł zemstę oprawcom swojej rodziny. Przysiągł, że nie spocznie póki jego rodzeństwo nie odnajdzie się i będzie żył póki oni będą żyli by zapewniać im szczęście i bezpieczeństwo. By spełnić przysięgę stał się nieśmiertelny. Nie wiedział, że i jego rodzeństwo stało się przez to wieczne. 
-Co to za historia, Katieńka? - spytała niebieskooka.
-Bajka. Jakoś musimy zapełniać czas - wyjaśniła Katieńka.
-Co było dalej?
-Nie wiem, Lilienia. Ta bajka się nie skończyła.
-Ale zakończenie wymyślisz dobre, prawda? Przecież bajki zawsze kończą się dobrze - Lilienia spojrzała na zielonooką z nadzieją.
-Ale to może nie być taka bajka, Liliania.

-Co masz na myśli mówiąc, że wiesz co się stało z Misą? - Colen niespokojnie poruszył się na krześle.
Lily wzięła głęboki oddech.
-Myślę, że najlepiej będzie jeśli to Kate wam wszystko opowie - mruknęła dziewczyna, unikając jego wzroku.
-Przyprowadzę ją - natychmiast odpowiedziała Veronica i zniknęła. Po niecałej minucie zmaterializowała się z powrotem trzymając zdezorientowaną Kate za ramię.
-Co się stało? - spytała rozglądając się dookoła. Gdy dostrzegła patrzącą w podłogę Lily wyraz jej twarzy zmienił się na zatroskany.
-Lil, co się dzieje? - spytała delikatnie.
-Ladi... - niebieskooka wzięła gwałtowny wdech. - Ladislaus znalazł Misę.
-Co?! - Kate gwałtownie się wyprostowała, by po chwili zgiąć się w pół. - Lad, co ty wyprawiasz?! 
-Możecie mówić jaśniej?! - warknął Colen patrząc to na jedną, to na drugą z sióstr. 
-Ladislaus ją zabije. Trzeba skontaktować się z Mello. Zawsze lubił towarzyskie pogawędki. I trzeba zaplanować podróż - zaczęła mówić gorączkowo Kate, nie zwracając na nikogo uwagi. - Lily, idź spakować nasze rzeczy. Postaram dotrzeć do... 
-Nie szarżuj, panno! - przerwał jej Colen. - Nie potrzebuję nowego dowódcy tylko informacji. 
-On ma rację, Kate - zgodziła się Lily. - Musisz mu opowiedzieć całą historię Ladislausa. 
Kate prychnęła. 
-Ja? Ja muszę mu coś powiedzieć?! Myślałam, że ustaliliśmy wieki temu co muszę względem ciebie! - ostatnie zdanie dziewczyna wycedziła przez zęby do Colena.
W tym momencie i jemu zaczęły puszczać nerwy.
-Katierina, dobrze wiesz, że tu nie chodzi o mnie, tylko o Lada! Co on do cholery sobie myśli porywając tych wszystkich ludzi! Misa jest trzecią osobą spośród waszych potomków porwaną na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat! Po cholerę mu to?! - krzyczał, co kilka słów waląc pięścią w blat biurka.
-Sami sobie z tym poradzimy! - odwarknęła Kate. 
-Jasne! - parsknął w odpowiedzi. - Biorąc pod uwagę wasze dotychczasowe wyniki jakoś w to wątpię.
-Jak śmiesz?! To wszystko jest twoją winą, mój drogi! Gdybyś... - urwała gwałtownie, czerwieniejąc ze złości. - Gdyby nie ty i twój przeklęty brat, niech się smaży w piekle jego dusza, nie było by żadnych potomków, a nasza rodzina byłaby wolna!
-O czym ty bredzisz?! Nigdy cię nie dotknąłem! A mój brat umarł lata przed twoimi narodzinami!
Kate otworzyła szeroko oczy ze zdumienia i opadła na krzesło.
-Więc to prawda... ty mnie nawet nie poznajesz...
-Katy, spokojnie - młodsza siostra podeszła do niej i przytuliła. - Spokojnie. Później się z nim policzysz. Teraz musimy znaleźć Misę.
-Masz rację. A z tobą się rozmówię, gdy nasza Misa będzie bezpieczna - w ostatnie słowa Kate skierowała do Colena. - I będziesz żałował, że wiesz.
-Niech tak będzie - zgodził się mężczyzna. - A teraz powiedz nam gdzie Ladislaus przetrzymuje Misę Hastings?


"-Tessi, jak myślisz, dlaczego tamten pan zabił rodziców? - spytał dziewięcioletni chłopczyk.
-Nie wiem, Ris. Ale pan Colen powiedział, że postara się czegoś dowiedzieć - odpowiedziała odrobinę wyższa od niego dziewczynka.
Obydwoje siedzieli na wysłużonej kanapie w sierocińcu. Policjant, który ich tu przyprowadził obiecał, że to tylko chwilowe, póki nie znajdą innych krewnych. Ale Teresa wiedziała, że nie ma innych. Prócz niej, Kirisakiego i ich rodziców, nie było nikogo. 
"Ale pojawił się pan Colen. - pomyślała Teresa. - I obiecał, że nas stąd zabierze.""
To wspomnienie odbijało się od krawędzi świadomości Teresy, gdy leżała na dachu. Zwracała w nim szczególną uwagę na swojego brata. Małego, ufnego chłopczyka, za którego oddała by życie nawet teraz, mimo tych wszystkich krzywd, które jej wyrządził. 
-Jak się czujesz? - dziecięcy głosik zmusił ją do otwarcia oczu.
Obok niej kucał niski, jasnowłosy chłopczyk, wlepiający w nią zaciekawione spojrzenie. 
-Kim jesteś? - jęknęła Teresa podciągając się rękoma do siadu.
-Nie powiem - zachichotał. - Nie powiem! Nie chcę! 
Teresa w milczeniu patrzyła jak chłopczyk wstaje i zaczyna skakać po łóżku.
-Nie chcę! Nie muszę! - chichotał, skacząc coraz wyżej.
W tym momencie do pokoju wkroczyła jakaś obca kobieta. Nie zwróciła uwagi na Teresę, z przestrachem patrzyła na chłopca.
-Paniczu Mello, uważaj! - powiedziała głośno, zwracając na siebie uwagę chłopca.
-Nie chcę! Nie muszę! - powtórzył, wytykając język.
Nagle do uszu obu kobiet dobiegł nieprzyjemny chrzęst kości. Chwilę później jasnowłosy siedział na łóżku i patrzyła na nie zdezorientowany. Jego lewe ramię było wygięte pod dziwnym kątem.
-Co to? - zapytał, bezskutecznie próbując poruszyć ręką. - Podoba mi się! - zachichotał.
-Marta, patrz! - zawołał ze śmiechem. - Nie mogę ruszyć ręką! 
-Widzę, paniczu Mello - westchnęła kobieta, podchodząc do niego. - Widzę. Ale musimy już iść paniczu. Twój brat będzie niezadowolony, bo zrobiłeś sobie krzywdę.
-Jej też ktoś zrobił krzywdę? - Mello wyjrzał przez ramię kobiety, by spojrzeć na Teresę.
-Ona... nie wiem, paniczu Mello. Jest gościem Twojego brata, więc...
-Ooo! - zawołał i podbiegł do Teresy. - Znasz mojego brata? 
-Twojego... brata? - powtórzyła, rozglądając się. - A kim on jest?
-Miło mi, że się poznaliście - w drzwiach pojawił się Ladislaus. Jego mina nie wyrażała zadowolenia.
-Braciszek! - zawołał Mello i ze śmiechem podbiegł do Ladislausa. Ku zdziwieniu Teresy byli niemal równi. -Skąd się znacie?
-To długa historia Mel, a teraz nie mamy czasu. Muszę porozmawiać z panną Memphis. Ale opowiem ci o tym podczas kolacji, co ty na to? - Ladislaus uśmiechnął się delikatnie.
-Niech będzie - westchnął ze smutkiem. Radość jednak szybko do niego wróciła, bo już po chwili słychać było jedynie jego pokrzykiwania z korytarza i kroki goniącej go opiekunki.
Ladislaus i Teresa zostali sami. W postawie mężczyzny zaszła ogromna metamorfoza. Przyjazny wyraz zniknął z twarzy, jego miejsce zajął grymas pełen niezadowolenia. Rozluźniona postawa także gdzieś się ulotniła, cały się spiął, jakby oczekiwał ataku.
-A więc panno Memphis? - powoli wycedził przez zęby. - Może wyjaśnisz mi, dlaczego ukrywałaś przede mną ostatniego potomka mojej rodziny?
-Chyba ze mnie kpisz! - sarknęła dziewczyna. - Jesteś aż tak głupi?! 
Następnym co poczuła był silny cios w klatkę piersiową.
-Zła odpowiedź. Spróbuj jeszcze raz.
-Chyba... - tym razem poczuła krótkie pieczenie i dotkliwy punktowy ból. Zacisnęła powieki. Uchyliła je dopiero gdy poczuła jak ciepła ciecz spływa jej po policzku. Ladislaus trzymał w ręku nożyczki.
Teresa chciała się odezwać, ale dotkliwy ból jej to uniemożliwił. 
-Jeśli nie wiesz co się stało - zaczął obojętnie Wodostocki - informuję cię, że przebiłem ci policzek tuż pod kością policzkową i przeciąłem go na wylot aż do kącika ust. Ale ty jesteś wytrwała, czyż nie? Bo przecież... - na jego ustach pojawił się nieprzyjemny uśmiech - twoją mocną stroną jest obrona, nieustająca wytrwałość, czyż nie? 
Wzrok Teresy został rozmyty przez słone łzy.
-Ciesz się. Do kolacji jeszcze dwie godziny. Będziesz się bronić przed bólem przez najbliższe dwie godziny. I obiecuję cie, to będą najdłuższe godziny w twoim życiu - ostatnie zdanie wyszeptał jej do ucha.
                                                          ***
-Mizo, chciałbym ci kogoś przedstawić - oderwałam wzrok od okna.
W drzwiach stał Stokrotka z młodym chłopcem.
-To jest mój młodszy brat, Mello - wskazał na jasnowłosego dzieciaka.
Nie odrywając od twarzy młodszego z Wodostockich wzroku, ruszyłam w kierunku obu braci. Musiałam przy tym przeskakiwać przez ogromne kałuże. Krwi. Mojej krwi.
-Ohayō - powiedział chłopczyk radośnie, wykrzywiając twarz w parodii uśmiechu.
Z pozoru wydawał się być uroczym, trochę za wysokim dzieckiem. Włosy w najjaśniejszym odcieniu blondu, szare oczy, figlarny uśmiech. Przy bliższych oględzinach jego włosy miały kolor nieokreślony. Coś pomiędzy bielą a szarością. W popielatoszarych oczach błyszczało coś nieznanego, przyprawiającego o gęsią skórkę, a figlarny uśmiech przywoływał na myśl okrucieństwo. Do tego szwy. Mnóstwo czerwonych szwów. Do tego większość nici wyglądała na wszyte niewyćwiczoną ręką.
-Cześć - odpowiedziałam obojętnie.
-Kim ona jest? - spytał Mello. Swoje pytanie kierował do Stokrotki.
-Miza jest naszą nową siostrzyczką - wykrzywiona twarz Mello w pełni oddawała mój stosunek do tych słów.
-A co z Lilieńką i Katieńką? - tupnął nóżką.
-Niedługo nas odwiedzą - obiecał Stokrotka.
To było dziwne. Kilkanaście godzin temu Stokrotka był psychopatą, a teraz, w tej samej, zakrwawionej scenerii odgrywa idealnego starszego brata. To... to więcej niż dziwne. To makabryczne.
Chłopczyk zaklaskał w ręce z uciechy. 
On też jest makabryczny. Jego wygląd i sposób w jaki patrzy na krew, jakby znalazł nową zabawkę albo odkrył tajemniczy skarb. Oni obaj są psychopatami.
-A teraz idź się pobawić. Muszę porozmawiać z Mizą - polecił Stokrotka.
-Ciągle mnie odsyłasz - mruknął skwaszony.
-Ale przecież później wszystko ci wyjaśniam, prawda? 
Chłopiec pokiwał głową.
-Więc idź się pobaw. Interesy raczej nie są twoim konikiem, co? - na twarzy Ladislausa pojawił się ten wyraz: "jestem starszy i wiem lepiej, więc masz się słuchać i kropka".
-No... nie - przyznał mu rację Mello i zniknął. Dosłownie. W jednej chwili był, a w drugiej już nie.
Nie jest to najbardziej komfortowa sytuacja. Nawet teraz, gdy znam wszystkie jego pobudki.
-O co chodzi? 
-Twoja nowa znajoma, Teresa Memphis - w mojej wyobraźni kształtuje się obraz stanowczej brunetki. Tej samej, która wiedziała, że z niczym sobie nie poradzę. Tej samej, która powiedziała, że wszyscy nadstawiają za mnie karku. 
-Co z nią? - silę się na obojętność, choć mam ochotę wyć z wściekłości.
-Jest tutaj - zamieram. - Tak się składa, że jej brat, Kirisaki, jest moim dobrym przyjacielem.
W przypadku Stokrotki "dobry przyjaciel" to taki, który bez żadnego "ale" wypełnia wszystkie jego polecenia.
-A ja chciałem przedyskutować z nią kwestię ukrywanie cię przede mną - skupiłam wzrok na widoku za oknem, by nie musieć na niego patrzeć. Wystarczy, że czułam przeszywające spojrzenie na całym ciele. Dobrze wiedziałam po co to robił. Oceniał mnie. Chciał wiedzieć jak zareaguję na jego "rozmowę", która zapewne zakończy się śmiercią, z kobietą, która pilnowała bym czuła się względnie bezpieczna (swoją drogą kiepsko jej to wyszło skoro jestem gdzie jestem). Chciał wiedzieć jak wiele zostało we mnie sentymentu. Krótka piłka - nic a nic.
-I? - spytałam.
-Nie za wiele się dowiedziałem.
Och, już z nią rozmawiał. Niedobrze. Źle. Katastrofalnie. Sentymentu nie mam, ale jestem jej coś winna. Życie, na przykład.
-Niestety już za wiele mi nie powie. Pamiętasz jak nauczę cię używać tej części dziedzictwa naszej rodziny, która ci się dostała?
-Tak.
-Więc zaczniemy naukę na pannie Memphis. W wielu przypadkach to właśnie w trakcie pierwszego morderstwa ujawniały się rodzinne talenty. Oczywiście zdarzały się przypadki beznadziejne, nieposiadające żadnego szczególnego talentu, ale jestem pewien, że ciebie to nie dotyczy. W końcu jesteś ostatnia. - w końcu przestał zabijać mnie wzrokiem.
-Wiem - przerwałam mu. - Ostatnia. Najbardziej utalentowana.
-Skoro wiesz, to zapraszam. Zaczynamy nowy rozdział, Miza - uśmiechnął się. - Lekcja pierwsza,k odkryć talent.
Odwróciłam się od okna i wyszłam za nim z pomieszczenia. Mam nadzieję, że posprzątają tę krew zanim wrócę.  
  

Jest rozdział siódmy :D ale się cieszę :D Następny rozdział mimo nawału przygotować świątecznych powinien pojawić się w terminie :D CZYTASZ? SKOMENTUJ!






piątek, 20 marca 2015

Rozdział 6: Nauki Ladislausa

Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w ogromnym, luksusowym apartamencie. Skąd ja się tu wzięłam? Ostatnie co pamiętam to staruszka. Chciała mi pomóc. Miałam do niej iść i skontaktować się z Teresą. A później... ŁUP! Pustka. Ciemność.
-Wreszcie się obudziłaś! - stwierdził rozbawiony chłopięcy głos. - Nareszcie~Obserwowanie jak śpisz wcale nie jest fascynującym zajęciem.
Rozejrzałam się. Prócz mnie nikogo nie było w pokoju. Trzask otwieranych drzwi rozproszył moją uwagę.
Cholera. Jest źle. Bardzo źle. Spośród wszystkich istniejących, ładnych, luksusowych apartamentowców to właśnie w tym, do którego ma dostęp Ladislaus musi mieszkać ta kobieta (bo zakładam, że ta historia potoczyła się tak: ja dziwnym trafem zemdlałam, a ona sama bądź z czyjąś pomocą zatargała mnie do swojego domu i położyła na łóżku. Teraz pewnie poszła po wodę czy coś w tym rodzaju.)?!
-Dobrze cię znów widzieć, Miza - powiedział, przyglądając mi się z lekkim uśmiechem.
Nie odpowiedziałam. Mogłam jedynie wpatrywać się w niego z szeroko otwartymi ustami. Przy czym nie uszło mojej uwadze, że ciemnych spodniach, jasnej koszuli i czarnej marynarce wyglądał obłędnie. Nie jak rasowy morderca, a uwodzicielski gentelman.
-Czemu nic nie odpowiadasz, my lady? Świetnie się bawiliśmy ostatnim razem. To było jak... - zawahał się - spotkanie pokrewnej duszy.
Czar prysł. To jak wyglądał i na kogo wyglądał zeszło na dalszy plan. Po raz pierwszy zobaczyłam go takiego jakim był. Jego obrzydliwą, oślizgłą duszę pełną robactwa. Skrwawioną cudzą krwią, pełną arogancji i chęci mordu.
- Zabiłeś moich rodziców! - warknęłam.
Jakim cudem mogłabym być jego pokrewną duszą?! Pomijając fakt, że nie ma czegoś takiego jak pokrewne dusze, nie łączy mnie z nim absolutnie nic.
-Ach, tak!! Oni... twoja matka i ja nigdy zbytnio się nie lubiliśmy. Różnica charakterów - wyjaśnił. Z jego twarzy nie schodził uśmiech. Coraz bardziej przypominał obłąkanego.
-Morderstwo to sposób na poprawę waszych relacji, co? - sarknęłam.
-Nie. To była lekcja. Dla ciebie - otworzyłam usta by powiedzieć mu co myślę o jego sposobach nauczania, ale uniósł rękę skutecznie mnie uciszając. W jego oczach zalśniła lodowata obojętność. Widać skończył się czas na dyskusję. - A teraz czas na kolejną.
Do pokoju weszła staruszka. Ta sama, która chciała mi pomóc. Nie wierzę, że jeszcze żyje skoro Ladislaus się wprosił.
-To Yan Lin. Chinka. Lin poznaj proszę Misę Hastings, angielkę - przedstawił nas sobie.
Kobieta zmierzyła mnie pogardliwym spojrzeniem, tak druzgocąco innym od ciepłego zmartwienia, które wcześniej od niej promieniowało. Już nie przypominała staruszki. Stała wyprostowana, zmarszczki gdzieś zniknęły. Wyglądała na jakieś trzydzieści lat.
-Lekcja druga, Miza. Poszłaś za tą kobietą jak niewinny baranek na rzeź. Yan Lin liczyła jedynie na względy z mojej strony - Ladislaus spojrzał drwiąco na kobietę - których oczywiście, nie otrzyma.
W błyskawicznym tempie wyjął nóż z kieszeni spodni i odciął głowę od korpusu. Ktoś zaczął krzyczeć. Ladislaus zacmokał niezadowolony.
-Osobiście nie przepadam za białą bronią. Jest taka pospolita - spojrzał z obrzydzeniem na trupa - jak ona.
Jak to w ogóle możliwe, że przeciął jej kręgosłup?! Przecież to nie jest możliwe! Nie zwykłym nożem!
Gdzieś w środku histerii zorientowałam się, że to ja krzyczę. Oszołomiona zamknęłam usta i wpatrywałam się w zwłoki kobiety. Czarna posoka wypływała z przeciętnych żył i tętnic, a ciało - choć nikt go nie dotykał - zwęgliło się na popiół.
-Jak mówiłem, Miza. Lekcja druga. Nigdy nikomu nie ufaj. Nie każdy będzie tak miły jak ja i uciszy zdrajców - powiedział swoim głębokim barytonem.
Od tamtej krew kojarzyła mi się z jego głosem.
Nie odpowiedziałam mu. Nie potrafiłam. Z resztą co miałabym mu powiedzieć? Że się z nim nie zgadzam? Śmieszne. Z pewnością znalazłby krwawy sposób na udowodnienie mi swoich racji.
Ladislaus kontynuował swój monolog, ale nie słyszałam ani jednego słowa. W uszach mi szumiało, A na krańcach widnokręgu pojawiła się czarna oblamówka. Mimo to nie mogła oderwać wzroku od pozostałości po staruszce. Fakt, że to wcale nie jest jej dom, a ona pragnęła mojej śmierci docierał do mnie jak przez mgłę. Chciałam zamknąć oczy i zapomnieć. Umrzeć.



Czym jest zdrada? Jak wielka może być? W którym momencie przestaje być bolesną niespodzianką i przeobraża się w spodziewane zagranie? Oczywiście w sytuacji Teresy nie można mówić o zdradzie. Znała swojego brata wystarczająco  dobrze by wiedzieć, że jego wizyta nigdy nie oznacza nic dobrego.
Gdy uchyliła powieka znajdowała się na dachu. Z zachodu wiał porywisty wiatr zatykający uszy i utrudniający widzenie.
-Co jest siostrzyczko? Wyglądasz na zdezorientowaną - sarkastyczny uśmiech wypełzł na twarz ciemnowłosego.
-Co to za miejsce, Kirisaki? - spytała Teresa mrużąc oczy,
-Nie poznajesz?! Ty?! A zawsze narzekasz, że to ja nie szanuję rodziny - parsknął w odpowiedzi Kirisaki.
Teresa dźwignęła się na nogi i w błyskawicznym tempie sięgnęła do pochwy. Chwyciła powietrze. Zarówno pochwa jak i miecz zniknęły.
-Sądziłaś, że zostawię ci tę twoją zabawkę? W życiu! Może i nie zrobisz mi nią wielkiej krzywdy, ale jest trochę zbyt ostra jak dla ciebie.
-Należał do.... - zaczęła wściekłym tonem Teresa, jednak Kirisaki jej przerwał:
-Wiem., Cioteczny wujek babci taty siostry brat... bla bla bla... przodkowie... bla bla bla szacunek bla bla bla chronić przed zapomnieniem bla bla bla - chłopak wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
-Jesteś taka głupia! - syknął na koniec i z całej siły kopnął Teresę w brzuch.
Nie zdążyła zareagować. Siła odrzutu wyrzuciła ją na drugi koniec dachu, gdzie boleśnie uderzyła o murek.
-Byliśmy rodziną - szepnęła, podnosząc się z trudem.
Przez następne kilka chwil Kirisaki ją atakował, a ona się broniła. Żaden z jej ciosów nie miał na celu skrzywdzenia ciemnowłosego, a jedynie obronę siebie.




W Anglii zaczynało zmierzchać, gdy telefon Colena zadzwonił. Siedział akurat w swoim gabinecie razem z Veronicą. Prowadzili zażartą dyskusję na temat sióstr Wood.
-Te dziewczyny mnie niepokoją - stwierdziła z niezadowoleniem Veronica. - Są... inne,
-Tu każdy jest inny, Ver. One też - odparł w odpowiedzi Colen.
-Przecież wiem! Ale one są inne od wszystkich - naciskała Veronica- i z dnia na dzień są cora gorsze.
-Przesadzasz, Ver - zbył ją Colen.
-Wcale... - zaczęła oburzona dziewczyna, ale w tym momencie zadzwonił telefon.
Colen natychmiast złapał komórkę i przyłożył ją do ucha.
-Halo? -  im dłużej słuchał, tym bardziej rzedła mu mina. -  Jesteś pewien? - spytał cicho na koniec. - Dobrze, dzięki za informacje. Zadzwonię za dwie godziny.
-Co się dzieje? - spytała Veronica, gdy Colen rzucił komórkę z powrotem na biurko.
-Teresa i Misa zaginęły - wyrzucił z siebie.
-Co?! - Veronica poderwała się z krzesła. - Jakim cudem?!
-Ircuck miał je obserwować. Najpierw Misa wyszła, a kilka godzin później mężczyzna z dwoma kobietami weszli do budynku i uprowadzili Teresę. Z opisu wynika, że tym mężczyzną jest najprawdopodobniej Kirisaki, brat Teresy - stwierdził Colen siląc się na spokój.
-Kirisaki... pamiętam go. Gdy byliśmy dzieciakami uwielbiał zaczepiać ludzkie nastolatki, bo wiedział, że jest silniejszy. Hamowałyśmy jego zapędy z Tess, ale on szybko się wyniósł - mruknęła Veronica.
-Taa... najwyraźniej teraz nikt nie hamuje jego zapędów! - warknął Colen.
-Zbiorę wszystkich - mruknęła Veronica, po czym wstała, szybkim krokiem podeszła do drzwi, gwałtownie je otworzyła i... stanęła wmurowana.
-Co ty tu robisz, Lily? - spytała, taksując dziewczynę wzrokiem.
-Ja... - dziewczyna zaczęła nerwowo skubać skórki przy paznokciach. - Ja chyba wiem co się stało z Misą.




-Lekcja trzecia, Miza. Ból jest twoim sprzymierzeńcem... czujesz ból, prawda? Krzyczysz, więc się zgadzasz. Ale to dobrze, że cię boli. Wszyscy, których zabiłem byli niewrażliwi na ból. Ale skoro cierpisz to znak, że nie powinienem cię niszczyć, co? Tylko, że zabrnąłem już za daleko w tę samolubną zabawę w zbawiciela. Płaczesz, Miza. Ból to fascynujące zjawisko, nieprawdaż? Zwłaszcza, gdy pochodzi z tak małej cząstki osobowości. Bo czym że jest oderwanie kilku palców wobec zmiażdżenia żeber i narządów wewnętrznych? Niczym poważnym. To dobrze, że boli, Miza. Gdyby nie bolało to znaczyłoby, że umierasz. A tak... wiemy, że żyjesz. No już uśmiechnij się, my lady. Przecież ból jest miernikiem człowieczeństwa. A ty kochasz być człowiekiem... Lekcja czwarta, to nie ja jestem tym złym w tej historii. Ja ci pomagam, rozumiesz? Pomagam wszystkim pokoleniom naszej rodziny. Nie wiedziałaś o tym, Miza? Jesteśmy rodziną... Colen ci nie powiedział? A pro pos Colena, opowiadał ci o swoim najlepszym przyjacielu? Nie? W takim razie ukarzę go za to przy najbliższym spotkaniu. Pewnie już tu jedzie. Będzie chciał cię uratować. Ciebie i tę dziewczynę, siostrę Kirisakiego. Ale to nic, Miza. Nie odbierze mi cię. Bo jesteś moja, wiesz? Jesteś jedyną, która mi pozostała.... ostatnia nadzieja...
Nie wiem ile minęło czasu. Pamiętam jedynie jego słowa, wwiercały się w mój mózg. Razem z bólem rzeźbiły linie na moim ciele. Jak bardzo skrzywdził mnie Ladislaus? Tego nie da się opisać. Cierpiąc tortury w tym luksusowym apartamencie dowiedziałam się o rzeczach, których wolałabym nie wiedzieć. To było piekło. Luksusowe, pełne miękkich poduszek piekło. 
I leżąc na miękkiej pościeli zagłębiłam się w swoich myślach, jednocześnie będąc wciąż na miejscu i cierpiąc. W nielicznych chwilach, w których Ladislaus wychodził z pokoju zastanawiałam się jak uciec. Ale wiedziałam, że nie ma ucieczki. Stopniowo przestał mnie obchodzić ból, moje palce, kości i całe płaty mięsa leżące na podłodze. To wszystko... przestało mieć znaczenie. 
I kiedy tak myślę o tym... to było straszne. Taka bezuczuciowa pustka. Ale gdybym czuła to popadłabym w obłęd. To była prawdziwa lekcja Ladislausa, nie te podpunkty. Jego prawdziwa lekcja nie miała w sobie nic z moralności czy etyki. Była prosta i krótka: Lepiej być bezuczuciowym mordercą niż oszalałą z bólu ofiarą.
Co mogłam zrobić? Poszłam za jego nauką.



Tam ta ram... jest! Nie umiem zbytnio opisywać rzezi, więc wyszło jak wyszło. Z czasem może się tego "naumiem", ale póki co się na to nie zapowiada. 

CZYTASZ? SKOMENTUJ! To cieszy, gdy wiesz, że masz dla kogo pisać.
Do nexta! 

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 5 "Coraz gorzej"

Podczas mojej brawurowej (w tym wypadku "brawura" jest synonimem "głupoty") ucieczki szybko się okazało, że Teresa miała rację z co najmniej jednym. Nic nie potrafię zrobić sama. Po półgodzinie całkowicie straciłam orientację w terenie. I nie mogłam spytać nikogo o drogę (a śmiałam się z Roberta, że powinien nauczyć się języka). Po kolejnych dwóch godzinach znajdowałam się na obrzeżach miasta. Swoją drogą strasznie mnie zdziwiło, że jest możliwe dojść do końca tak wielkiego miasta, w stosunkowo krótkim czasie.
Wracając do tematu: aktualnie się ściemnia i jest coraz zimniej. Ta szalona eskapada była naprawdę kiepskim pomysłem.
-Ohayō*- niska i pulchna staruszka zatrzymała się przede mną.
Wyglądała na typową babcię piekącą babeczki dla wnucząt - miała siwe włosy spięte w niski kok i babciną różową sukienkę w kwiaty. Pchała metalowy wózek wypełniony papierowymi torbami.
-Nie znam japońskiego - stwierdziła po angielsku, kręcąc bezradnie głową.
Jej pooraną zmarszczkami twarz rozjaśnił dobrotliwy uśmiech.
-W takim razie będziemy rozmawiać po angielsku - oświadczyła, a ja otworzyłam usta w zdziwieniu (skwitowała to tajemniczym uśmiechem). Serio?! Dorośli, nastolatki - nikt nie znał angielskiego przez cały dzień, ale starsza pani? Czemu miałaby nie być poliglotką?!
-Nazywam się Misa Hastings - zaczęłam, ale natychmiast urwałam, bo zdałam sobie sprawę z ogromnej gafy, którą popełniłam. Fałszywe dokumenty, tożsamość, przeprowadzka... a ja to wszystko zniszczyłam. Jednym zdaniem.
-Miło mi cię poznać Miso - odpowiedziała staruszka. - Mieszkam niedaleko stąd, a od dłuższego czasu widzę, że kręcisz się bez celu. Zgubiłaś się dziecko? - spojrzała na mnie z troską.
Ok - ta przemiła staruszka to zwyczajny człowiek, który chce pomóc zagubionej dziewczynie. Nie ma żadnego znaczenia jakie imię jej podałam.
-Tak jakby. Jestem w Tokio od niedawna i... nie mam zielonego pojęcia jak dostać się do mieszkania mojej... siostry - wymyśliłam na poczekaniu. Nie powiem, że czułam się dobrze okłamując miłą panią, ale w prawdę raczej nie uwierzy. Po za tym w jakiś sposób muszę wrócić do domu Teresy. Najlepiej po cichu z podkulonym ogonem. Może nie będzie aż taka wkurzona?
-Chodźmy do mnie. Opowiesz mi wszystko i zadzwonimy po twoją siostrę -zaproponowała.
-Dziękuję Pani - z wdzięcznością przyjęłam pomocną dłoń, którą mi ofiarowała.  Z perspektywy czasu była to najgłupsza rzecz jaką mogłam zrobić. Serio. Mądrzejsze byłoby by nawet uciekanie z krzykiem.

Teresa Memphis nie jest młodą kobietą, choć na taką wygląda. Przeszła w życiu nie jedno i nigdy się nie załamała. Nie przyszło jej przez myśl by się nad sobą użalać. Dlatego zachowanie Misy było dla niej nie więcej niż niezrozumiałe i poniżające. Było obrzydliwe. 
W chwili, w której Teresa weszła do swojego aktualnego mieszkania, spodziewała się, że zastanie nastolatkę na kanapie, zalaną łzami. Jakie było jej zdziwienie, gdy przywitała ją niczym niezmącona cisza! Teresa doskonale znała tę ciszę. Oznaczała pustkę. W domu nikogo nie było. Dla pewności sprawdziła resztę pomieszczeń - sypialnię Misy, łazienkę i kuchnię. Byłoby głupotą ogłosić ucieczkę Misy, Colenowi i Veronice, gdyby się okazało, że dziewczyna ukryła się w innym pokoju. Niestety przeszukanie Misy, tylko potwierdziło przypuszczenia Memphis. Dom był pusty.
-Cholera by to! - warknęła, uderzając ze złością w najbliższą ścianę (jej pięść pozostawiła niewielkie wgłębienie). - Nie dość, że żałosna, to i głupia!
Teresa nienawidziła takich sytuacji. Gdy coś nie szło z planem. Jednak zanim zdążyła zrobić cokolwiek, drzwi się otworzyły, a do pomieszczenia żołnierskim krokiem weszły dwie identyczne kobiety w stylowych garniturach - różniła je tylko jedna rzecz - kolor. Jedna była skąpana w bieli, druga - w czerni. Równocześnie największe okno w salonie zostało rozbite, a młody mężczyzna wskoczył do środka.
Teresa wyciągnęła miecz przypasany do boku i zmierzyła całą trójkę nienawistnym spojrzeniem. Mężczyzna zacmokał z niezadowolenie:
-Co jest, siostrzyczko? Tak się wita z rodziną?
Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Czarne włosy z granatowymi refleksami sięgały mu ramion, a oczy skryte za okularami przeciwsłonecznymi miały ten sam odcień co oczy Teresy.
-Rodziną?! - dziewczyna splunęła. - Nie rozśmieszaj mnie! 
-Nie chcesz żebyśmy zachowywali się jak jedna, wielka rodzina? - usta chłopaka wygięły się w podkówkę. - I właśnie dlatego musiałem sprawić sobie nowe siostrzyczki. Bo ty mnie nie chcesz! - wskazał ręką na obce stojące w drzwiach. - Prawda siostrzyczki?
Obie skinęły głowami.
-Małomówne - oceniła Teresa - nigdy nie lubiłeś, by kobieta miała coś do powiedzenia.
-Czy grzechem jest mała wytrzymałość na plecenie bzdur?
-O grzechu z pewnością wiesz wiele! - sarknęła.
-Od kiedy jesteś taka religijna? Kiedyś też lubiłaś grzeszyć - te słowa rozwścieczyły Teresę.
Do tej pory okrążali się powoli, ale kobieta przyspieszyła. Wyglądali jak zwierzęta gotowe da ataku. Gdy Teresa znalazła się w niewielkiej odległości od zbitego okna, nieostrożnie postawiła stopę, a jeden z odłamków szkła przebił jej but, po czym zagłębił się stopie. Brunetka skomentowała to głośnym syknięciem i nierozważnym spojrzeniem w stronę bolącego miejsca. Nie zdążyła jednak go zobaczyć, bo właśnie ten moment chłopak uznał za swoją szansę. Lekko ugiął kolana i rzucił się na Teresę, przygniatając ją całym swoim ciężarem. Walczyli krótko. Widać było wyraźne dysproporcje między ich sposobami walki. Do tego Teresa wyraźnie kulała na stopę, w której tkwił odłamek szkła.
-Zawsze byłaś tą słabszą - syknął dziewczynie brat do ucha, zadając ostatni cios w brzuch.
-A ty tym, którego nikt nie potrafił pokochać - odpowiedziała i osunęła się w ciemność, gdzie ból i złość nie miały do niej dostępu.
Choć ona tego nie widziała w oczach chłopaka zaświecił się głęboko skrywany przez lata ból.
-Ryō, Sena. Kanojo o eru** - polecił dziewczynom, stojącym w drzwiach. 
-Hai*** - odpowiedział jednocześnie i ruszyły w stronę Teresy.
-Mistrz będzie zadowolony - mruknął do siebie chłopaka, delikatnie się uśmiechając.
Nad Tokio zaczęło wschodzić słońce.
    

*dzień dobry

**Ryō, Sena. Zabierzcie ją

***Tak

 

Od następnego rozdziału postaram się zacząć wszystko wyjaśniać :D I przepraszam jeśli słowa z języka polskiego są źle przetłumaczone na japoński. Nie jestem poliglotką, więc wspomogłam się tłumaczem. 

CZYTASZ? SKOMENTUJ I DAJ MOTYWACJĘ! :D 

To tyle, do następnego rozdziału!